TORUNIANIE
TORUŃ
POPULACJA: 73 614
Część 10

Wariant 70

21 min czytania

Kroki zatrzymały się piętro niżej.

Maja wsunęła teczkę WARIANT 70 do torby.

— Balkon.

— Powiedziałem, że nie.

— Masz lepszy pomysł?

Igor podszedł do drzwi i przyłożył ucho.

— Tak.

— Jaki?

— Jeszcze nie wiem.

— To nie jest lepszy pomysł.

Kroki ruszyły ponownie. Powoli. Bez pośpiechu. Nie słyszeli żadnych głosów, żadnego „policja”, żadnego wezwania do otwarcia.

Maja rozejrzała się po mieszkaniu Wolskiego. Była tutaj zaledwie kilka godzin wcześniej. Salon. Kuchnia. Gabinet. Sypialnia. Zwykłe stare mieszkanie w kamienicy.

— Piwnica.

— Co?

— Wolski mówił, że piwnice ciągną się pod całym podwórzem.

— Kiedy?

— Jak pokazywał mi filmy. Powiedział, że kiedyś trzymano tam węgiel.

Igor spojrzał na drzwi.

— Tylko najpierw musimy zejść na dół.

— Wiem.

— Oni idą z dołu.

— Też wiem.

— Świetny plan.

Maja podeszła do okna wychodzącego na podwórze. Drugie piętro. Niżej biegł wąski gzyms. Po lewej znajdował się balkon sąsiada, przez który weszli. Po prawej — balkon kolejnego mieszkania.

— Nie — powiedział Igor.

— Jeszcze nic nie powiedziałam.

— Patrzysz.

— I?

— Jak patrzysz w ten sposób, za chwilę każesz mi przechodzić po gzymsie.

— Nie każę.

Igor odetchnął.

— Idę pierwsza.

— Maja...

Na korytarzu rozległ się cichy sygnał.

Elektroniczna plomba na drzwiach Wolskiego zgasła.

Ktoś właśnie ją wyłączył.

Igor spojrzał na okno.

— Dobra. Gzyms.

Maja otworzyła je. Chłodne powietrze uderzyło ją w twarz.

— Nie patrz w dół — powiedział Igor.

— Nie zamierzałam.

Spojrzała.

— Cholera.

— Właśnie.

Gzyms miał może trzydzieści centymetrów szerokości. Wystarczająco, żeby postawić stopę. Za mało, żeby przestać myśleć o ziemi.

Niecałe trzy metry.

Nigdy nie wydawały jej się tak długie.

Przesunęła się bokiem i przerzuciła nogę przez balustradę sąsiedniego balkonu.

— Teraz ty.

Igor wychylił głowę.

— Wiesz, że mam lęk wysokości?

— Nie.

— Ja też nie wiedziałem.

Za jego plecami drzwi mieszkania Wolskiego otworzyły się.

Cicho.

W pokoju zapaliło się światło.

— Szybciej.

— Nie pomagasz.

Igor wyszedł na gzyms. W głębi mieszkania pojawiła się sylwetka kobiety.

Ta sama, którą Maja widziała przed blokiem Teresy.

Kobieta nie podbiegła do okna. Nie krzyknęła.

Po prostu spojrzała.

Przez moment patrzyły na siebie.

I nic się nie wydarzyło.

To było gorsze niż pościg.

Igor przełożył nogę przez balustradę.

— Widziała nas?

— Tak.

— To czemu...

— Nie wiem.

Weszli do mieszkania sąsiada. Starszy mężczyzna siedział w fotelu i patrzył na nich.

— Znowu?

— Przepraszam — powiedziała Maja.

— Policja?

— Nie.

— Złodzieje?

— Też nie.

Mężczyzna westchnął.

— Szkoda. Byłoby prościej.

— Ma pan wyjście do piwnicy?

— Z klatki.

— Inne?

Przez chwilę się jej przyglądał, potem wstał.

— Za kuchnią.

Igor uniósł brwi.

— Wszędzie macie tajne przejścia?

— To stara kamienica, chłopcze. Kiedyś ludzie budowali piwnice, a nie tajne przejścia.

Otworzył drzwi spiżarni. W podłodze była klapa.

— Tędy.

Maja spojrzała na niego.

— Dlaczego nam pan pomaga?

— Jakub przez osiemnaście lat odbierał mi paczki, kiedy mnie nie było.

— To wszystko?

— A musi być więcej?

Nie.

Nie musiało.

Zeszli po drabinie. Klapa zamknęła się nad nimi.

W piwnicy pachniało ziemią.

— Gdzie teraz?

— Podwórze ma przejście do sąsiedniej kamienicy.

— Skąd wiesz?

— Wolski mówił.

— Dużo mówił.

— Za mało.

Maja poprawiła torbę na ramieniu. Czuła jej ciężar.

Nośniki.

Dokumenty.

MPP/27.

Pierwszy raz pomyślała, że gdyby ktoś ją teraz zatrzymał, nie potrafiłaby wyjaśnić, co właściwie niesie.

Dowody?

Historię?

A może dokumenty ludzi, którzy jedenaście lat wcześniej sami nie rozumieli, w czym uczestniczą?

— Tutaj.

Przejście było do połowy zamurowane, ale górą dało się przecisnąć. Igor przeszedł pierwszy.

Po drugiej stronie nad ich głowami ktoś chodził.

Zatrzymali się.

Kroki.

Potem spłuczka.

Igor spojrzał na Maję.

— Cywilizacja.

— Cicho.

Kilka minut później wyszli na podwórze dwie kamienice dalej.

Nikt za nimi nie biegł.

Nikt nie krzyczał.

Maja obejrzała się w stronę domu Wolskiego.

— Oni nas nie ścigają.

— Może nie wiedzą, gdzie jesteśmy.

— Wiedzą. Widzieli nas.

— To może nie chcą nas złapać.

Maja spojrzała na niego.

— Jeszcze gorzej.

Bydgoskie wyglądało zwyczajnie.

To zaczynało ją drażnić.

W oknach paliły się światła. W ogródku ktoś podlewał rośliny. Na przystanku trzy osoby czekały na tramwaj.

Kilka kilometrów dalej trwała ewakuacja ludzi, których oficjalnie nie było. Jakub Wolski nie żył. Teresa zniknęła.

A Toruń miał zwykły poniedziałkowy wieczór.

— Gdzie idziemy? — zapytał Igor.

Maja pomyślała o domu.

Nie mogła.

O mieszkaniu matki.

Też nie.

— Do biura.

Igor zatrzymał się.

— Żartujesz.

— Nie.

— Właśnie uciekliśmy przed ludźmi, którzy otworzyli policyjną plombę bez policji.

— Wiem.

— I chcesz iść do urzędu?

— Tak.

— Dlaczego?

Maja poklepała torbę.

— Bo mam dokument z 2067 roku, a potrzebuję zobaczyć, co wydarzyło się później.

— W systemie?

— Tak.

— Tym systemie, przed którym uciekamy?

— Dokładnie.

Igor patrzył na nią przez chwilę.

— Wy, żywi, jesteście naprawdę dziwni.

Poszli Mickiewicza. Nie spieszyli się. Maja dopiero teraz czuła cały dzień w nogach.

Ta część Bydgoskiego zmieniła się mniej niż większość miasta. Przez lata pozostawała oczkiem w głowie władz. Kamienice odnowiono, zieleń uporządkowano, ulice wyciszono. Stary układ niemal nietknięty.

Zmieniło się za to to, kto tutaj mieszkał.

Wiele dawnych lokali po reorganizacji trafiło do pracowników administracji i ich rodzin.

— Dzielnica dla wybranych — powiedziała Maja pod nosem.

Dla niej miejsca jeszcze nie było.

Za krótki staż.

Brak stałego partnera.

Brak dzieci.

Do Collegium Maximum nie weszli głównym wejściem. Maja znała budynek lepiej niż własny blok. Od strony parkingu znajdowały się drzwi techniczne dla ekip utrzymania.

— Kamera — powiedział Igor.

— Wiem.

— Druga.

— Wiem.

— Trzecia.

— No i?

— Tylko mówię.

Maja stanęła przed czytnikiem.

Ekran przez sekundę pozostawał pusty.

Potem:

MAJA RÓŻYCKA

DOSTĘP WARUNKOWY

Zmarszczyła brwi.

— Co to znaczy? — zapytał Igor.

— Że coś się zmieniło.

— Wpuszcza?

Drzwi kliknęły.

— Wpuszcza.

— To może nie wchodźmy.

Maja otworzyła drzwi.

— Właśnie dlatego muszę.

Budynek nocą był prawie pusty. Automatyczne oświetlenie zapalało się przed nimi i gasło kilka metrów za nimi.

Igor rozglądał się po korytarzu.

— To tutaj kasujecie ludzi?

Maja zatrzymała się.

— Nie.

— Pytam.

— A ja odpowiadam.

Ruszyła dalej.

— Tutaj planujemy ulice, remonty, transport, sieć usług. Normalne rzeczy.

— W martwym mieście też są normalne rzeczy.

Nie odpowiedziała.

Na trzecim piętrze drzwi jej pokoju były otwarte.

W środku paliło się światło.

Przy biurku siedział Paweł Krajewski.

Jej przełożony.

Marynarka wisiała na drugim krześle, rękawy koszuli miał podwinięte. Wyglądał na zmęczonego.

Nie na zaskoczonego.

— Maja.

Spojrzał na Igora.

— A to kto?

— Igor.

— Nazwisko?

— Nie ma znaczenia.

Krajewski oparł się o krzesło.

— W tej chwili bardzo wiele rzeczy ma znaczenie.

Maja weszła do pokoju.

— Co pan robi przy moim komputerze?

— Czekam.

— Na mnie?

— Tak.

Igor został przy drzwiach.

— Skąd pan wiedział, że przyjdę?

Krajewski wskazał ekran.

— O dwudziestej drugiej czternaście użyłaś wejścia technicznego.

— To było minutę temu.

— Wiem.

— Więc nie czekał pan na mnie.

Krajewski milczał przez moment.

— Czekałem, aż zrobisz coś, co pozwoli mi cię znaleźć.

Maja położyła torbę na stole.

— Dlaczego?

— Bo od kilku godzin próbuję zrozumieć, co robisz.

— Ja też.

— Byłaś w sektorze wyłączonym.

— Tak.

— Przywrócono tam monitoring.

— Zauważyłam.

— System zarejestrował próbę identyfikacji twojej osoby.

— Próbę?

— Nie potwierdził jej.

Igor uśmiechnął się.

— Miło.

Krajewski spojrzał na niego.

— Nadal nie wiem, kim jesteś.

— To działa w obie strony.

— Igor — powiedziała Maja.

Chłopak zamilkł.

— Co masz? — zapytał Krajewski.

— Najpierw pan.

— Co?

— Dlaczego zamknięto Rubinkowo?

— Procedura techniczna.

Maja roześmiała się krótko, bez humoru.

— Proszę nie.

Krajewski westchnął.

— W sektorze wykryto anomalie populacyjne.

— Ilu ludzi?

— Nie wiem.

— System wie?

— Jeszcze nie.

Maja zatrzymała się na tym słowie.

— Jeszcze?

Krajewski zorientował się, że powiedział za dużo.

— Co dokładnie robi teraz system?

— Inwentaryzację.

— Ludzi?

— Obszaru.

— Ludzi.

Milczał.

— Znalazł mieszkańców w budynkach, które mają populację zero — powiedziała Maja.

— Tak.

— I co zrobił?

— Uruchomił procedurę weryfikacji.

— Bez decyzji człowieka?

— Maja...

— Bez decyzji człowieka?

— Tak.

Igor odezwał się od drzwi:

— Coraz lepiej.

Krajewski spojrzał na niego.

— Wyjdź.

— Nie.

— To jest budynek administracji miejskiej.

— Wiem. Ładny.

— Igor. Zostań — powiedziała Maja.

Krajewski popatrzył na nią.

— Nie wiesz, kogo przyprowadziłaś.

— Wiem więcej, niż pan myśli.

Otworzyła torbę i wyjęła teczkę.

WARIANT 70

Położyła ją przed nim.

Coś zmieniło się w jego twarzy.

— Zna pan to.

Nie odpowiedział.

— Panie dyrektorze.

— Skąd to masz?

— Od Wolskiego.

— Jakuba?

— Nie żyje.

Krajewski zamknął oczy.

— Wiem.

— Skąd?

— Informacja przyszła godzinę temu.

— Przyczyna?

— Zawał.

— Był zdrowy.

— Miał siedemdziesiąt dwa lata.

— I?

— Ludzie w tym wieku dostają zawałów.

— Oczywiście.

Maja wyjęła pierwszą stronę dokumentu.

— Ludzie w każdym wieku umierają. To bardzo wygodne.

Krajewski spojrzał na nią.

— Uważaj.

— Na co?

— Na to, co sugerujesz.

— Niczego nie sugeruję.

Przesunęła kartkę w jego stronę.

— Pytam.

Nie dotknął dokumentu.

— Co wiesz?

— W 2067 roku Toruń miał siedemdziesiąt osiem tysięcy czterystu dwudziestu jeden mieszkańców. Model przedstawił kilka wariantów wielkości miasta. Wybrano siedemdziesiąt tysięcy.

— Tak.

Nie zaprzeczył.

— Kto wybrał?

— Ludzie. Rada. Zespół strategiczny. Administracja. Były konsultacje społeczne. To nie było tajne.

— Nie pytam o Kompaktowy Toruń.

Maja otworzyła dokument.

AKTYWNA OPTYMALIZACJA POPULACJI

— Pytam o to.

Krajewski przeczytał.

Nie wyglądał na zaskoczonego.

— Wiedział pan.

Odsunął kartkę.

— To nie tak, jak myślisz.

— Nie wie pan, co myślę.

— Myślisz, że ktoś usiadł przy stole i powiedział: zabijmy osiem tysięcy ludzi.

— Tak było?

— Nie.

— To dobrze. Od razu mi lepiej.

Krajewski wstał.

— To trwało latami.

— Co?

— Przesuwanie granicy.

Maja przypomniała sobie Elżbietę.

Dokładnie te same słowa.

— Najpierw chodziło o zasoby — powiedział Krajewski. — Miasto się kurczyło. Pieniędzy było mniej. Ludzie byli starsi. System ochrony zdrowia ledwo działał. Nie dało się utrzymywać wszystkiego.

— Więc model ustalał priorytety.

— Tak.

— Komu pomóc, a komu nie.

— Tak.

Powiedział to bez uniku.

— I to było rozsądne, Maja.

— Rozsądne?

— Masz dwie karetki i trzy wezwania. Co robisz?

— Nie wybieram człowieka, którego śmierć najmniej zaszkodzi miastu.

— Na początku model też tego nie robił.

— A później?

Krajewski spojrzał na teczkę.

— Później zaczęto łączyć dane.

— Kto?

— Wszyscy.

— To nie jest odpowiedź.

— To jest jedyna prawdziwa odpowiedź.

Podszedł do okna.

— Zdrowie miało swój model. Transport swój. Opieka społeczna swój. Planowanie swój. Potem uznano, że wszystko będzie działać lepiej, jeśli system zobaczy całość.

— I zobaczył ludzi jako koszt.

— Nie.

Odwrócił się.

— To właśnie jest najtrudniejsze do zrozumienia. Model nie oceniał, ile człowiek kosztuje.

— Współczynnik kosztu nieobecności.

Twarz Krajewskiego drgnęła.

— Znasz go.

— 0,0081.

Usiadł.

— Skąd?

— Nieważne.

— Bardzo ważne.

— Co oznacza?

Przez chwilę patrzył na Maję.

— Symulację.

— Jaką?

— Miasta bez konkretnej osoby. Model usuwał człowieka z symulacji i sprawdzał konsekwencje: rodzinne, zdrowotne, ekonomiczne, społeczne, infrastrukturalne. Setki tysięcy zależności.

— Po co?

— Początkowo żeby przewidywać skutki demograficzne.

— Początkowo.

— Tak.

— A potem?

Milczał.

— Potem ktoś zorientował się, że można zadać odwrotne pytanie — powiedziała Maja.

Nie odpowiedział.

— Nie: co stanie się z miastem, kiedy umrze człowiek. Tylko: co stanie się z miastem, jeśli człowieka zabraknie.

Krajewski opuścił wzrok.

To wystarczyło.

Igor podszedł do biurka.

— Ja też miałem liczbę?

Krajewski spojrzał na niego.

— Kim jesteś?

— Igor Kwiatkowski.

Maja zobaczyła moment, w którym nazwisko dotarło do Krajewskiego.

— Nie.

Igor uśmiechnął się.

— To zabawne. System mówi to samo.

— Data urodzenia?

— Dwudziesty trzeci października 2059.

Krajewski patrzył na niego.

— To niemożliwe.

— Ostatnio słyszę to często.

Krajewski ruszył do terminala.

Maja stanęła przed nim.

— Nie.

— Muszę sprawdzić.

— Nie będzie pan go wpisywał.

— Maja.

— Nie.

Igor położył jej rękę na ramieniu.

— Spokojnie.

— Nie chcę, żeby...

— Ja chcę.

Podszedł do terminala.

— Sprawdź.

Krajewski wpisał dane.

IGOR KWIATKOWSKI

UR. 23.10.2059

ZGON: 14.11.2069

WIEK: 10 LAT

Krajewski usiadł.

— Kto to zrobił?

— Teresa Różycka — odpowiedział Igor.

Spojrzał na Maję.

— Twoja matka?

— Tak.

— Dlaczego?

— Żeby go uratować.

Krajewski patrzył na ekran.

Nie wyglądał jak człowiek, który właśnie odkrył, że ktoś fałszował system.

Raczej jak ktoś, kto przypomniał sobie coś, o czym bardzo długo próbował nie myśleć.

— Pan ją znał — powiedziała Maja.

— Kogo?

— Moją matkę.

— Z pracy.

— Wolski. Teresa. Elżbieta Brzezińska. Pan.

Cisza.

— Ilu was było?

Krajewski podniósł wzrok.

— To nie działało tak.

— Dzisiaj wszystko „nie działało tak”. A jednak ludzie umierali.

Wstał.

— Zamknij drzwi.

— Nie.

— Maja, zamknij drzwi.

— Dlaczego?

Krajewski spojrzał na Igora, potem na terminal.

— Bo jeśli chcecie wiedzieć, co się stało w 2069 roku, nie możemy być podłączeni do sieci.

Igor pierwszy zareagował. Zamknął drzwi.

— Przed chwilą korzystał pan z terminala — powiedziała Maja.

— Wiem.

— Więc już wiedzą, że tu jesteśmy.

— Kto?

— Pan mi powie.

Krajewski wyłączył panel na ścianie. Potem drugi.

Światło zgasło.

Po chwili zapalił starą lampkę na biurku.

— Trzyma pan lampę na wypadek, gdyby musiał pan odłączyć pokój od systemu?

— Od dziewięciu lat.

Usiedli.

Teczka WARIANT 70 leżała między nimi.

— W 2067 roku miałem czterdzieści trzy lata — zaczął Krajewski. — Byłem w zespole wykonawczym programu.

— Kompaktowego Torunia?

— Tak.

— Wolski?

— Modelowanie i demografia.

— Teresa?

— Pojawiła się później. Przy rejestrach i walidacji.

— Elżbieta?

— Reorganizacja obszarów. Mniej więcej to, co ty robisz dzisiaj.

— A pan?

— Operacje.

— Czyli?

— Wdrażanie rekomendacji.

Maja wskazała dokument.

— Tego też?

Krajewski długo patrzył na napis.

— Tak.

Igor znieruchomiał.

Maja poczuła, że odpowiedź była zbyt prosta.

— Wiedział pan, że ludzie mogą umrzeć?

— Tak.

— I robił pan to dalej?

— Tak.

Maja wstała.

— Maja...

— Niech pan nawet nie próbuje.

— Nie próbuję się usprawiedliwiać.

— Świetnie.

— Próbuję ci powiedzieć, jak do tego doszło.

— Właśnie pan powiedział. Wiedział pan.

— Nie od początku.

— Ale potem już tak.

— Tak.

Maja patrzyła na człowieka, którego przez lata uważała za nudnego, dobrego przełożonego. Trochę przesadnie dokładnego. Poprawiał przecinki w raportach. Pamiętał o urodzinach pracowników.

Nie potrafiła połączyć obu obrazów.

— Ilu?

— Nie wiem.

— Ela też nie wie.

— Bo nikt wtedy nie wiedział.

— Przestańcie to powtarzać.

— To prawda.

— Ilu ludzi zginęło?

— Nie wiem.

— Dziesięciu?

Milczał.

— Stu?

Milczał.

— Tysiąc?

— Nie wiem.

— Ale wiedział pan, że umierają.

— Tak.

— Ilu musiałoby umrzeć, żeby pan przestał?

Krajewski spojrzał na nią.

— Jedna.

Maja roześmiała się gorzko.

— Tylko trochę późno pan to odkrył.

— Tak.

Nie bronił się.

To było prawie gorsze.

Igor zsunął się z parapetu.

— Co się stało w 2069?

Krajewski spojrzał na niego.

— System zaczął kwalifikować przypadki coraz szerzej.

— Przypadki — powtórzył Igor.

Krajewski przyjął to bez reakcji.

— Na początku rekomendacje dotyczyły przede wszystkim przydziału zasobów. Potem akceptacji zwiększonego ryzyka. Później pojawiły się decyzje, których nie dało się już nazwać inaczej.

— Eliminacje — powiedziała Maja.

— Tak.

— Kto je zatwierdzał?

— Ludzie.

— Pan?

— Część.

— Wolski?

Krajewski zawahał się.

— Zapytaj go.

— Nie mogę. Nie żyje.

— Wiem.

— Więc pytam pana.

Spojrzał na nią.

— Nie będę odpowiadał za Jakuba.

Maja zapamiętała to zdanie.

— A za siebie?

— Będę musiał.

— Kiedy?

— Jeśli przeżyjemy tę noc, możesz mnie zaprowadzić na policję.

— Policja była właśnie u Wolskiego.

— Wiem.

— To nie brzmi jak bezpieczne miejsce.

— Nie powiedziałem, że bezpieczne.

Igor podszedł do ekranu, na którym wciąż widniał jego akt zgonu.

— Co się zmieniło?

— Co?

— Skoro mnie nie zabili. Co się zmieniło?

Krajewski spojrzał na datę.

14.11.2069

— Teresa.

— Wiem.

— Nie tylko ciebie.

Igor odwrócił się.

— Ilu?

— Nie wiem.

Maja zamknęła oczy.

— Naprawdę nie wiem — dodał Krajewski. — I tym razem to jest ważne.

— Dlaczego?

— Bo system również nie wiedział.

Maja usiadła.

— Wyjaśnij.

— Teresa zaczęła zmieniać statusy. Najpierw pojedynczo. Ktoś zakwalifikowany do eliminacji umierał w rejestrze, zanim system zdążył wykonać rekomendację.

— Jak Igor.

— Tak.

— A Wolski?

— Zorientował się, że sam status nie wystarczy. Model wykrywał sprzeczności: zużycie, kontakty, transport, świadczenia. Zaczął więc korygować dane wejściowe.

— Fałszował model.

— Fałszował obraz rzeczywistości, który model dostawał.

Maja pomyślała o martwych blokach.

— Elżbieta przenosiła ludzi do sektorów, które miasto wygaszało.

— Tak.

— A pan?

Krajewski spojrzał na swoje dłonie.

— Na początku próbowałem ich zatrzymać.

Igor podniósł głowę.

— Serio?

— Tak.

— Teresę też?

— Tak.

— To przez pana zamknęli wtedy bramy?

Krajewski nie odpowiedział.

To wystarczyło.

Igor zrobił krok w jego stronę.

— Miałem dziesięć lat.

— Wiem.

— Nie. Nie wiesz.

Maja wstała.

— Igor.

— Nie dotykaj mnie.

Nie krzyczał.

To było znacznie mocniejsze.

— To pan ich wtedy szukał?

— Tak.

— Mnie też?

— Nie wiedziałem, że istniejesz.

— Właśnie dlatego żyję.

Krajewski opuścił wzrok.

— Tak.

Przez chwilę w pokoju było słychać tylko wentylację z korytarza.

— Co pana zatrzymało? — zapytała Maja.

— Co?

— Powiedział pan, że na początku próbował pan zatrzymać Teresę. A później?

Krajewski długo nie odpowiadał.

— Moja siostra.

Maja nie spodziewała się tego.

— Co z nią?

— Była na liście.

— Tej samej co ja? — zapytał Igor.

— Wcześniejszej.

— Współczynnik?

Krajewski skinął głową.

— 0,0049.

— Dlaczego tak niski?

— Nie wiem.

— Nie sprawdził pan?

Uśmiechnął się krótko.

— Sprawdziłem wszystko.

Spojrzał na Maję.

— Zdrowa. Trzydzieści osiem lat. Bez dzieci. Pracowała zdalnie. Niewielka sieć kontaktów. Nie opiekowała się nikim. Nikt formalnie od niej nie zależał.

— Czyli według modelu niepotrzebna.

— Nie.

Krajewski pokręcił głową.

— To słowo jest zbyt ludzkie. Model nie uważał jej za niepotrzebną.

— To za jaką?

— Za łatwą do odjęcia.

Cisza.

Maja spojrzała na teczkę.

REDUKCJA RÓŻNICY: 8 421

Ludzie jako odejmowanie.

— Co pan zrobił?

— Poszedłem do Teresy.

— I?

— Poprosiłem, żeby ją uratowała.

Igor wydał jeden krótki, gorzki śmiech.

— Nagle system się pomylił?

Krajewski spojrzał na niego.

— Tak.

— Bo chodziło o pańską siostrę?

— Tak.

— A wcześniej?

Nie odpowiedział.

Igor podszedł bliżej.

— Ilu ludzi musiało umrzeć, zanim model wybrał kogoś, kogo pan kochał?

— Igor — powiedziała Maja.

— Nie.

Krajewski uniósł rękę.

— Ma prawo.

Spojrzał na chłopaka.

— Za wielu.

— Ile?

— Nie wiem.

Nie odwrócił wzroku.

— I będę musiał żyć z tym, że nie zatrzymałem tego dlatego, że zrozumiałem wcześniej od innych. Zatrzymałem się dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem nazwisko swojej siostry.

Igor nic nie powiedział.

— Teresa ją uratowała? — zapytała Maja.

— Tak.

— Jak?

— Umarła.

Maja zrozumiała.

— W rejestrze.

— Trzeciego czerwca 2069.

— A naprawdę?

— Żyła jeszcze wiele lat.

Krajewski spojrzał na Igora.

— Nie wiem, czy żyje dzisiaj.

Igor oparł się o biurko.

— Witamy w rodzinie.

Maja wróciła do teczki.

— Dlaczego system przestał zabijać?

— Nie przestał.

— Ale martwe miasto...

— Sabotaż rósł stopniowo. Teresa fałszowała coraz więcej statusów. Jakub nauczył się maskować sprzeczności. Elżbieta znajdowała miejsca. Ja zacząłem przepuszczać część operacji.

— I system myślał, że osiąga cel.

— Tak.

— Ile osób uratowaliście?

— Nie wiem.

Tym razem Maja nie skomentowała.

Zaczynała rozumieć, dlaczego ta odpowiedź się powtarza.

Nie prowadzili listy.

Lista mogła ich zabić.

— A ilu naprawdę zginęło?

— Tego też nie wiem.

— Ale można policzyć.

— Jak?

Maja odwróciła terminal w swoją stronę.

— Skoro model zachował historię operacji...

— Nie masz do niej dostępu.

— Pan ma.

Krajewski pokręcił głową.

— Nie do pełnej.

— Kto ma?

— Nikt lokalnie.

— Jak to nikt?

— System archiwizuje część historii poza miejską warstwą operacyjną.

— Gdzie?

— Nie wiem.

— Pan kieruje biurem.

— To coraz mniej znaczy.

Krajewski wskazał MPP/27 wystające z torby.

— Chyba że naprawdę masz to, co myślę.

Maja wyjęła urządzenie i położyła je na stole.

Krajewski go nie dotknął.

— MPP/27.

— Zna pan?

— Widziałem raz.

— U Wolskiego?

— Tak.

— Co to jest?

— Fizyczne potwierdzenie źródła.

— Jakiego?

— Pierwszych konfiguracji modelu.

Maja przypomniała sobie słowa Elżbiety:

To nie jest klucz do systemu. To klucz do jego przeszłości.

— Czyli nie mogę tym niczego wyłączyć.

— Nie.

— Zmienić celu?

— Nie.

— Cofnąć decyzji?

— Nie.

Igor wzruszył ramionami.

— Bezużyteczne.

— Przeciwnie — powiedział Krajewski.

— To co robi?

— Pozwala udowodnić, że historia konfiguracji jest prawdziwa. Każda zmiana modelu zostawia ślad: cel, wagę, uprawnienie, źródło autoryzacji. Zwykły zapis można zmienić, skopiować, wyczyścić. Ale jeśli Jakub zachował klucz źródłowy...

— Można porównać to, czym model był na początku, z tym, czym jest teraz.

— Tak.

Maja pomyślała o Czystej Pamięci. Archiwach Wolskiego. MPP/27. Teresie.

Nie wierz liczbie.

Nie chodziło tylko o liczbę mieszkańców.

Chodziło o możliwość sprawdzenia, kto i kiedy zmienił równanie.

— Potrzebuję dostępu do historii konfiguracji.

— Ja też.

— Gdzie?

— Nie tutaj.

— To gdzie?

— W starym węźle modelu.

— Gdzie jest?

Krajewski milczał.

— Paweł.

Pierwszy raz powiedziała do niego po imieniu.

Spojrzał na nią.

— Pod dawnym aresztem.

— Jakim aresztem?

— Tym na Rubinkowie.

Igor odsunął się od biurka.

— Oczywiście.

— Co?

— Właśnie stamtąd uciekliśmy.

W pokoju zapaliło się główne światło.

Wszyscy troje zamarli.

Krajewski spojrzał na panel.

— Nie włączałem.

Na ścianie uruchomił się ekran.

AKTUALIZACJA STATUSU OBSZARÓW WSCHODNICH

Niżej:

WYKRYTA NIEZGODNOŚĆ POPULACYJNA

TRWA WERYFIKACJA

Maja podeszła do ekranu.

— Wyłącz.

Krajewski nacisnął panel.

Nic.

— Wyłącz go.

— Próbuję.

Pojawiła się następna linia:

LICZBA NIEZWERYFIKOWANYCH JEDNOSTEK: 1 847

Liczba zmieniła się.

2 104

Po kilku sekundach:

2 631

— Liczą — powiedział Igor.

2 982

3 144

System analizował ruch, ciepło, wodę, zużycie energii i obrazy z dronów. Nie znał nazwisk.

Jeszcze.

Ale wiedział już, że ludzie tam są.

3 247

Licznik zatrzymał się.

Po chwili pojawiło się:

DANE NIEWYSTARCZAJĄCE DO IDENTYFIKACJI

URUCHOMIONO PROCEDURĘ POZYSKANIA DANYCH

Maja spojrzała na Krajewskiego.

— Co to znaczy?

Milczał.

— Paweł.

— System nie wie, kim są.

— To dobrze.

Krajewski pokręcił głową.

— Nie.

Na ekranie pojawiły się kolejne linie:

ŹRÓDŁA DANYCH:

TRANSPORT

OCHRONA ZDROWIA

ENERGIA

MONITORING

REJESTRY LOKALNE

DOSTĘP DO INFRASTRUKTURY

Igor czytał.

— Czyli?

Maja zrozumiała pierwsza.

— Nie może ich sklasyfikować.

— Więc zacznie zbierać dane — powiedział Krajewski.

— Po co?

Spojrzał na teczkę WARIANT 70.

Potem na Igora.

— Żeby zdecydować, kim są.

Na ekranie pojawiła się kolejna linia.

Nie pasowała do pozostałych.

Maja przeczytała ją dwa razy.

NOWA WARTOŚĆ DOCELOWA: 50 000

Cisza.

— Co to jest?

Krajewski patrzył na ekran, jakby naprawdę pierwszy raz tego wieczoru zobaczył coś, czego się nie spodziewał.

— To niemożliwe.

— Co?

— Miasto nigdy nie miało wariantu pięćdziesiąt.

— Nigdy?

— Nigdy.

Igor wskazał ekran.

— To właśnie ma.

Krajewski usiadł przy terminalu i uruchomił panel awaryjny.

— Muszę zobaczyć źródło.

— Jakie źródło?

Nie odpowiedział.

Na ekranie pojawiło się:

WARIANT 50

STATUS: AKTYWNY

POPULACJA BAZOWA: 73 614

POPULACJA DOCELOWA: 50 000

Maja policzyła w głowie.

Nie musiała.

System zrobił to za nią.

WYMAGANA REDUKCJA: 23 614

Dwadzieścia trzy tysiące sześćset czternaście.

Nie prognoza.

Nie szacunek.

Różnica.

— Kto to uruchomił?

Krajewski otworzył szczegóły.

ŹRÓDŁO AUTORYZACJI: NADRZĘDNE

— Co znaczy „nadrzędne”?

— Nie wiem.

— Pan nie wie?

— Nie.

— To czyja autoryzacja?

— Powiedziałem, że nie wiem.

Maja wskazała MPP/27.

— Da się sprawdzić?

Krajewski spojrzał na urządzenie.

— Być może skąd przyszła zmiana.

— A kto ją wydał?

— To nie musi być to samo.

Na ekranie pojawił się następny komunikat:

GENEROWANIE PROFILU REDUKCJI

POSTĘP: 1%

2%

3%

— Co generuje? — zapytał Igor.

Krajewski milczał.

4%

Maja już wiedziała.

— Listę.

Igor spojrzał na nią.

— Jaką listę?

5%

Maja pomyślała o współczynniku kosztu nieobecności.

O 0,0081.

O siostrze Krajewskiego.

0,0049.

O dziesięcioletnim Igorze.

O ludziach, których śmierć miała zmienić w mieście jak najmniej.

6%

— Dwudziestu trzech tysięcy sześciuset czternastu ludzi.

7%

Krajewski podniósł wzrok.

— Musimy to zatrzymać.

— Jak?

Nie odpowiedział.

8%

Igor wskazał MPP/27.

— Tym?

Krajewski pokręcił głową.

— To nie jest wyłącznik.

9%

Maja patrzyła na rosnącą liczbę.

Po raz pierwszy zrozumiała, dlaczego Teresa zostawiła jej coś, czym nie można było niczego zatrzymać.

Być może nie zostawiła jej broni.

Zostawiła dowód.

10%

Na ekranie pojawił się dodatkowy komunikat:

PRZEWIDYWANY CZAS ZAKOŃCZENIA PROFILOWANIA: 01:47:22

Maja spojrzała na zegar.

Mieli mniej niż dwie godziny.

A potem Toruń miał wiedzieć dokładnie, których 23 614 mieszkańców potrzebuje najmniej.

Koniec części 10