TORUNIANIE
TORUŃ
POPULACJA: 73 614
Część 13

Pierwsi

22 min czytania

Korytarz kończył się kratą.

Prawdziwą.

Nie świetlną barierą. Nie polem dostępu. Nie drzwiami otwieranymi po rozpoznaniu twarzy.

Metalowe pręty. Zamek.

Krajewski poświecił latarką.

— Klucz? — zapytała Maja.

— Powinien być.

— Gdzie?

— Tutaj.

Sięgnął nad framugę. Nic. Przesunął dłonią jeszcze raz.

— Nie ma.

Igor westchnął.

— Dobrze się zaczyna.

Roman podszedł bliżej.

— Jaki zamek?

— Stary.

— To widzę.

Wyjął z kieszeni coś cienkiego.

— Co pan robi? — zapytała Maja.

Roman przykucnął.

— Włamuję się.

— Umie pan?

— Nie.

Igor oparł się o ścianę.

— Wszyscy dzisiaj zaskakują.

Roman wsunął metal pomiędzy elementy zamka.

— Kiedyś człowiek umiał trochę wszystkiego.

— A potem?

— Potem zaczęli robić urządzenia, które umiały za niego.

Coś kliknęło.

Roman otworzył kratę.

Igor spojrzał na niego.

— Mówiłeś, że nie umiesz.

— Bo nie umiem.

— Otworzyłeś.

— Miałem szczęście.

— Nie wierzę.

— Dobrze.

Ruszył pierwszy.

Stara część aresztu wyglądała zupełnie inaczej niż pomieszczenia techniczne przy węźle. Tutaj niczego nie modernizowano. Na ścianach została farba w kolorze, który zapewne kiedyś miał wyglądać neutralnie, a teraz przypominał brudną wodę. Pod sufitem wisiały lampy w metalowych osłonach. Większość nie działała.

Drzwi do cel stały otwarte.

Maja zajrzała do pierwszej.

Dwie prycze. Stół przytwierdzony do ściany. Małe okno wysoko pod sufitem. Krata.

— Tu siedzieli ludzie? — zapytał Igor.

Roman spojrzał na niego.

— Tak.

— Za co?

— Różnie.

— Długo?

— Różnie.

Igor zajrzał do następnej celi.

— Dziwne.

— Co?

— Teraz żeby człowieka zamknąć, nie potrzeba krat.

Nikt mu nie odpowiedział.

Szli dalej. Maja zaczęła liczyć drzwi, sama nie wiedząc dlaczego.

Jedna cela.

Druga.

Trzecia.

Siódma.

Dwunasta.

Przestała.

Krajewski zatrzymał się przed kolejną kratą. Za nią schody prowadziły w dół.

— Archiwum było w piwnicy?

— Nie nazywaliśmy tego archiwum.

— A jak?

— Magazynem audytowym.

— To jest archiwum.

— Dzisiaj tak.

Zeszli.

Powietrze było chłodniejsze. Roman dotknął ściany.

— Tu jest sucho.

— Musiało być — powiedział Krajewski. — Trzymaliśmy nośniki.

— Jakie?

— Różne.

Schody skończyły się przy ciężkich drzwiach. Tym razem zamek był mechaniczny.

Krajewski uklęknął, przesunął dłonią po dolnej części framugi, potem po drugiej stronie. W końcu wyjął niewielką metalową płytkę.

Pod nią był klucz.

Igor uśmiechnął się.

— Czyli jednak wiedziałeś, gdzie jest.

Krajewski wyprostował się.

— Wiedziałem, gdzie powinien być.

— Ogromna różnica.

Klucz przez chwilę nie chciał się przekręcić. Za drugim razem zamek ustąpił.

Pierwszy był zapach.

Papier. Kurz. Metal.

I coś jeszcze.

Stara elektronika miała własny zapach. Maja znała go z miejskich magazynów, do których trafiały urządzenia wycofane z użycia.

Pomieszczenie nie było duże. Trzy regały. Metalowe szafy. Stół. Dwa terminale.

Na półkach stały kasety z nośnikami.

Nie setki.

Dziesiątki.

Na każdej numer.

Nie nazwisko.

Nie data.

Numer.

Igor wszedł za nimi.

— I to jest wszystko?

— To, co zachowałem.

— Wygląda jak piwnica mojego dziadka.

— Nie znałem twojego dziadka.

— On też nikomu nie ufał.

Krajewski podszedł do jednej z szaf.

Maja została przy drzwiach.

— Co tutaj właściwie jest?

— Kopie pakietów decyzyjnych.

— Co to znaczy?

Krajewski otworzył szafę. W środku znajdowały się kolejne kasety.

— Model generował rekomendację. Czasami przechodziła przez moduły, którymi się zajmowałem. Zachowywałem wejście, wynik i część danych wykonawczych.

— Wszystkie?

— Nie.

— Które?

— Te, które wydawały mi się podejrzane.

Maja spojrzała na regały.

— Ile?

— Nie pamiętam.

— Pięćset?

— Więcej.

— Tysiąc?

— Możliwe.

— I przez dziewięć lat nawet pan tu nie wszedł?

— Nie.

— Dlaczego?

Krajewski spojrzał na nią.

— Bo nie chciałem wiedzieć.

Maja prawie odpowiedziała.

Nie zrobiła tego.

Rozumiała tę odpowiedź bardziej, niż chciała.

Roman podszedł do terminala.

— Zasilanie?

— Nie powinno być.

Nacisnął przycisk.

Nic.

— No.

Krajewski wskazał ścianę.

— Awaryjne przyłącze było stamtąd.

Roman zdjął metalową osłonę i poświecił latarką.

— Jest.

— Działa?

— Zaraz się dowiemy.

Przez kilka minut słychać było tylko metal, ciche przekleństwa Romana i odległy szum infrastruktury.

Maja wyjęła MPP/27.

Igor obserwował urządzenie.

— Nie zgub.

— Dziękuję.

— Serio mówię.

— Ja też.

— Twoja matka przez dziewięć lat...

Urwał.

Maja spojrzała na niego.

— Co?

— Nic.

— Powiedz.

Igor wzruszył ramionami.

— Po prostu dziwne, że Teresa miała to wszystko i dała akurat tobie.

— Może nie miała komu innemu.

— Miała.

To zabolało.

Nie dlatego, że było złośliwe.

Bo było prawdziwe.

Teresa miała Elżbietę. Igora. Romana. Wolskiego. Całe życie, o którym Maja nie wiedziała.

A jednak MPP/27 zostawiła jej.

Roman odsunął się od ściany.

— Spróbuj.

Krajewski nacisnął przycisk.

Terminal przez kilka sekund nie reagował.

Potem zapaliła się mała zielona dioda.

Igor powiedział:

— Jak w muzeum.

Ekran rozjaśnił się.

SYSTEM AUDYTOWY

TRYB LOKALNY

Niżej:

BRAK AKTYWNEGO ŹRÓDŁA AUTORYZACJI

Krajewski spojrzał na MPP/27.

— Tutaj.

Złącze było inne niż przy wcześniejszym terminalu. Starsze. Szersze.

MPP pasowało.

Maja wsunęła urządzenie.

System pracował dłużej niż wcześniej.

Po kilkunastu sekundach:

ŹRÓDŁO: MPP/27

AUTORYZACJA: POTWIERDZONA

DOSTĘP DO WARSTWY HISTORYCZNEJ

Maja popatrzyła na Krajewskiego.

— To dlatego pan zachował ten system?

— Nie.

— Więc?

— Nie wiedziałem, że ten klucz jeszcze istnieje.

Na ekranie pojawiło się menu:

PAKIETY DECYZYJNE

AUDYTY LOKALNE

ODSTĘPSTWA

PROFILE JEDNOSTKOWE

KONFIGURACJE

Maja od razu wybrała:

PROFILE JEDNOSTKOWE

Krajewski dotknął jej ręki.

— Nie zaczynaj od tego.

— Dlaczego?

— Bo jeśli chcesz zrozumieć, co się wydarzyło...

— Chcę znaleźć matkę.

— Jej tutaj może nie być.

— Może być.

— Maja.

— Moja matka zniknęła. Wolski nie żyje. Wariant 50 właśnie liczy dwadzieścia trzy tysiące ludzi. Naprawdę nie mam już ochoty zaczynać od metodologii.

Krajewski zabrał rękę.

— Dobrze.

Maja wpisała:

TERESA RÓŻYCKA

System szukał.

BRAK PEŁNEGO PROFILU W ARCHIWUM

Niżej pojawiły się cztery odwołania.

2067

2068

Dwa z 2069.

Maja otworzyła ostatnie.

Nie był to profil Teresy.

Była operatorem.

RÓŻYCKA, TERESA

ROLA: WERYFIKACJA / ODWOŁANIE

STATUS OPERACJI: PRZERWANA

Obiekt:

KWIATKOWSKI, IGOR

Igor znieruchomiał.

Maja spojrzała na niego.

— Chcesz?

Stał przez chwilę.

— Nie.

— Na pewno?

— Wiem, co zrobiła.

— Nie wiesz wszystkiego.

— Ty też nie.

Miał rację.

Maja zamknęła rekord.

Igor odetchnął.

— Wolski — powiedziała.

Wpisała:

JAKUB WOLSKI

Dziesiątki wyników.

— Był przy prawie wszystkim — powiedział Krajewski.

Nazwisko Wolskiego pojawiało się przy analizach, konfiguracjach, audytach i zmianach wag. Nie wyglądało jak nazwisko człowieka, który stał obok systemu.

Wyglądało jak nazwisko człowieka wewnątrz niego.

Maja zamknęła listę.

— Wiedział więcej, niż mi powiedział.

— Tak.

— Ile?

— Nie wiem.

— Pan naprawdę bardzo lubi tę odpowiedź.

— Bo jest uczciwa.

Maja spojrzała na niego.

— Szkoda, że dopiero teraz.

Krajewski przyjął to bez słowa.

Maja położyła palce na klawiaturze.

Zawahała się.

Nie wiedziała nawet, skąd przyszedł ten pomysł. Może dlatego, że od kilku godzin wszyscy wokół niej znajdowali się w tym systemie.

Teresa.

Igor.

Wolski.

Krajewski.

Wszyscy poza nią.

Wpisała:

RÓŻYCKA

Lista.

TERESA

MAJA

Zatrzymała się.

— Co? — zapytał Igor.

Maja wskazała ekran.

Krajewski podszedł bliżej.

— Otwórz.

— Dlaczego ja tu jestem?

— Nie wiem.

Kliknęła.

Profil otworzył się od razu.

Nie był długi.

Właśnie to było najgorsze.

RÓŻYCKA, MAJA

ROK URODZENIA: 2044

STATUS W CHWILI ANALIZY: AKTYWNA

Niżej:

WSPÓŁCZYNNIK KOSZTU NIEOBECNOŚCI:

0,0137

Maja patrzyła.

Tylko liczba.

Cztery cyfry po przecinku.

Cała rodzina.

Praca.

Znajomi.

Ludzie, do których dzwoniła.

Ludzie, którzy dzwonili do niej.

Miejsca, do których chodziła.

Rzeczy, które robiła.

Wszystko sprowadzone do liczby.

0,0137

— To nisko? — zapytał Igor.

Krajewski nie odpowiedział.

— Paweł.

— Tak.

Maja przewinęła.

Wiedziała, co zobaczy.

Nie wiedziała skąd.

Może dlatego, że od rana wszystkie najgorsze rzeczy okazywały się prawdziwe.

Na dole rekordu znajdowało się jedno pole.

REKOMENDACJA:

ELIMINACJA

Maja przestała oddychać.

Nie „relokacja”.

Nie „wygaszenie”.

Nie „redukcja”.

Nie „optymalizacja”.

ELIMINACJA.

Igor pierwszy odwrócił wzrok.

Roman stał nieruchomo przy ścianie.

Krajewski usiadł.

Maja nadal patrzyła.

Po chwili litery zaczęły wyglądać obco. Jak słowo napisane w języku, który znała, ale którego znaczenia nie potrafiła przyjąć.

— Kiedy?

Krajewski podszedł.

— Pokaż metadane.

Maja otworzyła szczegóły.

DATA ANALIZY:

09.11.2069

Przeliczyła.

— Miałam dwadzieścia pięć lat.

Nikt nic nie powiedział.

— Dwadzieścia pięć.

Igor spojrzał na ekran.

— Teresa już wtedy...

Maja odwróciła się.

— Co?

Nie dokończył.

Nie musiał.

Igor został wpisany jako zmarły pięć dni później.

Czternastego listopada 2069 roku.

Maja patrzyła na datę.

Dziewiąty listopada.

Pięć dni.

— To było przed tobą.

Igor podszedł bliżej.

— Tak.

— Moja rekomendacja była pięć dni przed twoją śmiercią.

Krajewski spojrzał na ekran.

— Nie wiemy, kiedy wygenerowano jego.

— Ale wiemy, że w tym samym czasie.

— Tak.

Maja przewinęła dalej.

WYKONANIE:

WSTRZYMANE

— Przez kogo?

Otworzyła.

BRAK DANYCH W WARSTWIE LOKALNEJ

— Oczywiście.

Historia zawierała trzy wpisy:

09.11.2069 — REKOMENDACJA UTWORZONA

10.11.2069 — OPERACJA PRZEKAZANA DO WERYFIKACJI

12.11.2069 — STATUS: WSTRZYMANE

— Kto weryfikował?

BRAK DANYCH

Maja spojrzała na Krajewskiego.

— Pan?

— Nie.

— Wolski?

— Nie wiem.

— Matka?

— Możliwe.

— „Możliwe”?

Krajewski podniósł głos.

— Nie wiem!

Cisza.

Odsunął się i przetarł twarz.

— Przepraszam.

— Za co?

— Za krzyk.

— Nie o to pytam.

Patrzył na nią.

— Pan wtedy przy tym pracował.

— Tak.

— To jest pana archiwum.

— Tak.

— Miałam dwadzieścia pięć lat i ktoś uznał, że powinno mnie nie być.

— Tak.

— I pan nic nie wie?

— Nie o twoim przypadku.

— A gdyby pan wiedział?

Nie odpowiedział.

Maja zrobiła krok w jego stronę.

— Gdyby ten rekord trafił do pana?

— Nie wiem.

— Proszę przestać.

— Maja.

— Podpisałby pan?

Roman poruszył się.

— Maja...

— Nie.

Nie odwróciła wzroku od Krajewskiego.

— Chcę wiedzieć.

Krajewski patrzył na nią bardzo długo.

— Być może.

Odpowiedź była tak cicha, że prawie jej nie usłyszała.

— Co?

— Być może bym podpisał.

Igor przestał opierać się o regał.

Roman spojrzał na Krajewskiego.

Ten mówił dalej:

— Nie zobaczyłbym „Mai Różyckiej”. Zobaczyłbym pakiet.

Maja poczuła ucisk w żołądku.

— Pakiet.

— Wiek. Stan zdrowia. Zależności. Prognozy. Ryzyka. Rekomendację systemu.

— I 0,0137.

— Tak.

— I to by wystarczyło?

— Nie wiem.

— Właśnie powiedział pan...

— Powiedziałem, że być może bym podpisał.

Krajewski wstał.

— Bo wtedy jeszcze wierzyłem, że jeżeli system pokazuje wynik, którego nie rozumiem, problemem jest moje rozumienie.

Maja nic nie powiedziała.

— To był jego największy sukces — dodał.

— Jaki?

— Nie to, że podejmował decyzje za ludzi.

Spojrzał na ekran.

— Że nauczył ludzi wstydzić się, kiedy chcieli mu się sprzeciwić.

Maja zamknęła profil.

Przez chwilę stała bez ruchu.

Potem usiadła.

Dopiero wtedy zauważyła, jak bolą ją nogi.

Roman podszedł.

— Zjedz coś.

— Nie jestem głodna.

— Tę odpowiedź już dzisiaj słyszałem.

Wyjął z plecaka zawiniątko.

— Co to?

— Chleb.

Igor spojrzał.

— Masz chleb?

— Mam też ser.

— Roman.

— Co?

— Kocham cię.

— Zjedz i przestanie ci przechodzić.

Usiedli na podłodze.

Maja dostała kromkę chleba i kawałek sera.

Nie była głodna.

Zjadła wszystko.

Igor trzy kromki.

Roman dwie.

Krajewski nic.

— Pan nie je? — zapytała Maja.

— Nie jestem głodny.

Roman spojrzał na nią.

Maja prawie się uśmiechnęła.

— Niech pan je.

Krajewski wziął kawałek chleba.

Przez kilka minut nie rozmawiali.

Było prawie wpół do pierwszej.

Maja nie wiedziała, kiedy ostatnio dzień trwał tak długo.

Rano poszła do pracy.

Wolski jeszcze żył.

Matka jeszcze żyła.

Przynajmniej dla niej.

Toruń miał 73 614 mieszkańców.

Ona była specjalistką do spraw reorganizacji obszarów miejskich.

Teraz siedziała na podłodze pod dawnym aresztem z człowiekiem, który być może kiedyś podpisałby jej śmierć, dziewiętnastolatkiem martwym od dziewięciu lat i emerytowanym energetykiem karmiącym ich chlebem.

— Która godzina?

Roman spojrzał.

— Zero dwadzieścia siedem.

Igor uniósł głowę.

— Ile ma wariant?

Krajewski wrócił do węzła.

— Sprawdzę.

Maja wstała.

— Idę z panem.

Terminal przy węźle nadal działał.

WARIANT 50

POSTĘP PROFILOWANIA: 47%

11 099 / 23 614

Maja patrzyła.

— Zwolnił.

Krajewski skinął głową.

— Dane z obszarów niezweryfikowanych komplikują analizę.

Niżej znajdowała się lista nowych operacji:

POZYSKANIE DANYCH — TRANSPORT

POZYSKANIE DANYCH — ENERGIA

POZYSKANIE DANYCH — DOSTĘP

POZYSKANIE DANYCH — TERMOWIZJA

— Czyli wciąż ich liczy.

— Próbuje.

— Co się stanie, kiedy skończy?

— Nie wiem.

Maja oparła dłonie o stół.

— To znaczy, że do rana może mieć pełny profil miasta.

— Nie pełny.

— Wystarczający.

Krajewski nie odpowiedział.

Na dole ekranu pojawił się nowy wpis.

01:03

MIEJSKA SIEĆ TRANSPORTOWA

AKTUALIZACJA PRIORYTETÓW UŻYTKOWNIKÓW

Maja otworzyła.

Setki zmian.

Nie nazwiska.

Numery profili.

Niektórym dostęp rozszerzono.

Innym ograniczono.

— Co to jest?

Krajewski czytał.

— Test.

— Czego?

— Zachowania systemu.

— Już wykonuje rekomendacje?

— Wygląda na to, że część.

Maja poczuła chłód.

— Wariant nie jest jeszcze skończony.

— Nie musi być.

— Jak to?

— Model może wykonywać decyzje dla profili, które już policzył.

Maja spojrzała na liczbę.

11 099

— Czyli dla połowy tych ludzi już działa?

— Nie wiem, czy dla wszystkich.

— Ale może.

— Tak.

Kolejny wpis:

01:07

SYSTEM OPIEKI ZDROWOTNEJ

REKALIBRACJA PRIORYTETÓW

Maja otworzyła.

Nie rozumiała parametrów medycznych.

Zrozumiała jedno.

Przy części profili wartości spadały.

— To się zaczyna.

Krajewski patrzył na ekran.

— Tak.

— Musimy coś zrobić.

— Co?

— Zatrzymać.

— Jak?

Maja milczała.

Nie miała odpowiedzi.

Pierwszy raz tego dnia nawet nie próbowała udawać.

— Nie wiem.

Krajewski spojrzał na nią.

— Dobrze.

— Co w tym dobrego?

— Nic.

Po chwili dodał:

— Tylko warto wiedzieć, kiedy się nie wie.

Maja prychnęła.

— Wolski mówił podobnie.

— Jakub mówił wiele rzeczy.

— Lubił pan go?

Pytanie przyszło bez planu.

Krajewski usiadł.

— Kiedyś.

— A potem?

— Potem za długo się znaliśmy.

Maja prawie się uśmiechnęła.

— To brzmi jak jego małżeństwo.

— Z Jadwigą?

— Tak.

— Jadwiga miała do niego więcej cierpliwości niż większość ludzi.

— Nie wyglądało.

— Dlatego wytrzymała tyle lat.

Maja patrzyła na ekran.

— On naprawdę próbował to zatrzymać?

— Tak.

— Ale wcześniej pomagał tworzyć.

— Tak.

— Pan też.

— Tak.

— Teresa też pracowała przy systemie.

— Tak.

Maja pokręciła głową.

— Wszyscy najpierw go zbudowaliście, a potem przez dziewięć lat próbowaliście się przed nim ukrywać.

Krajewski nie zaprzeczył.

— To chyba najbardziej ludzkie, co dzisiaj usłyszałam.

— Dlaczego?

— Bo najpierw robimy problem, a potem jesteśmy bardzo dumni, że próbujemy go rozwiązać.

Krajewski uśmiechnął się.

Krótko.

Pierwszy raz.

— Jakub by to polubił.

— Pewnie powiedziałby, że to nieprecyzyjne.

— Na pewno.

Maja spojrzała na ekran.

— Brakuje mi go.

Sama była zaskoczona.

Znała Wolskiego sześć miesięcy. Nie lubiła go przez większość tego czasu.

Krajewski patrzył przed siebie.

— Mnie też.

Tyle.

Nie więcej.

Wrócili do archiwum.

Igor spał na jednej z dolnych półek między regałami, z plecakiem pod głową.

Maja zatrzymała się.

— Jak on to robi?

Roman siedział przy ścianie.

— Dziewiętnaście lat.

— To wystarczy?

— Kiedyś wystarczało.

— Pan nie śpi?

— Spałem.

— Kiedy?

— Pięć minut.

Maja usiadła w pustej celi naprzeciwko archiwum.

Roman przyniósł jej stary koc.

— Skąd?

— Magazyn.

— Czysty?

Roman popatrzył na nią.

— Chcesz odpowiedzi?

Maja rozłożyła koc.

— Nie.

Położyła się na dolnej pryczy.

Materaca nie było od lat.

Metal był twardy.

Światło z korytarza wpadało przez otwarte drzwi.

Zamknęła oczy.

Natychmiast zobaczyła:

0,0137

Otworzyła.

ELIMINACJA

Zamknęła.

Matka.

Telefon.

Pomidorowa.

MPP/27.

Wolski.

Cztery tysiące osiemdziesiąt siedem.

Dwadzieścia trzy tysiące sześćset czternaście.

Otworzyła oczy.

— Nie śpisz?

Krajewski siedział na przeciwległej pryczy.

Nie zauważyła, kiedy wszedł.

— Nie.

— Ja też nie.

— Widzę.

Przez chwilę milczeli.

— Wie pan, co jest najgorsze?

— Nie.

— Że ta liczba mnie obchodzi.

— Która?

— 0,0137.

Krajewski nie odpowiedział.

— Wiem, że to absurd.

— Nie.

— Jest.

Maja usiadła.

— Wiem, że współczynnik jest zbudowany z jakiegoś modelu. Wiem, że nie oznacza, ile jestem warta. Wiem, że nie da się tak zmierzyć człowieka.

— Tak.

— A jednak chciałabym mieć wyższy.

Krajewski patrzył na podłogę.

— Każdy by chciał.

— Pan też?

— Oczywiście.

— Sprawdzał pan swój?

— Kiedyś.

— Ile?

Krajewski spojrzał na nią.

— Nie pamiętam.

— Kłamie pan.

— Tak.

Maja prawie się roześmiała.

— Wreszcie.

— Co?

— Przyznał pan bez dyskusji.

— Człowiek się rozwija.

Maja oparła plecy o ścianę.

— Wysoki?

— Wyższy od twojego.

— Dziękuję.

— Pytałaś.

— Nie o to.

— 0,0842.

Maja spojrzała na niego.

— Dużo.

— Wtedy tak.

— Dlaczego?

Krajewski wzruszył ramionami.

— Praca. Wiedza. Kontakty. Model uważał, że jeśli mnie zabraknie, przez jakiś czas kilka rzeczy będzie działało gorzej.

— Czyli był pan potrzebny.

— Modelowi.

— To nie to samo?

Krajewski pokręcił głową.

— I właśnie tego bardzo długo nie rozumieliśmy.

Maja zamilkła.

— A moja matka?

— Nigdy nie sprawdziłem.

— Nie wierzę.

— Teresa nie pozwalała.

— Jak mogła nie pozwolić?

— Powiedziała, że jak zobaczy swoją liczbę, zacznie o niej myśleć. A nie zamierza spędzić reszty życia, zastanawiając się, czy jest dla świata 0,02 czy 0,2.

Maja uśmiechnęła się.

To brzmiało jak Teresa.

Dokładnie.

— I miała rację.

— Miała.

— Często?

— Niestety.

Maja przestała się uśmiechać.

— Wie pan, co się z nią stało?

— Nie.

— Ale domyśla się pan.

— Kilku rzeczy.

— Jakich?

Krajewski odchylił głowę.

— Że wiedziała o Wariancie 50 wcześniej niż my.

— Skąd?

— MPP/27.

— To nie dowód.

— Nie.

— Co jeszcze?

— To, że zostawiła ci instrukcję.

— „Nie wierz liczbie”.

— Tak.

— To żadna instrukcja.

— Teraz brzmi inaczej.

Maja spojrzała w korytarz.

— Myśli pan, że żyje?

Krajewski długo milczał.

— Nie wiem.

Maja zamknęła oczy.

— Nienawidzę tej odpowiedzi.

— Wiem.

— Ale tym razem wolę ją od kłamstwa.

Krajewski wstał.

Przy drzwiach zatrzymał się.

— Maja.

— Co?

— Ten profil.

— Mój?

— Tak.

— Co z nim?

— Był wstrzymany.

— Widziałam.

— To znaczy, że ktoś coś zrobił.

— Teresa?

— Możliwe.

Maja westchnęła.

— Wiem.

— Nie powiedziałem tego, żeby cię pocieszyć.

— To po co?

— Bo jeśli ktoś potrafił zatrzymać rekomendację w 2069 roku, istnieje ślad.

Maja otworzyła oczy.

— Gdzie?

— Nie tutaj.

— To gdzie?

Krajewski spojrzał na korytarz.

— W systemie wykonawczym.

— Tym, który teraz działa?

— Tak.

— Czyli żeby dowiedzieć się, kto uratował mi życie dziewięć lat temu, muszę wejść do systemu, który może właśnie znowu próbować mnie zabić.

— W dużym uproszczeniu.

— Dobrze.

— Co dobrze?

— Przynajmniej jest symetria.

Krajewski odszedł.

Maja położyła się.

Tym razem zasnęła.

Nie wiedziała na jak długo.

Obudził ją Igor.

— Maja.

Otworzyła oczy.

— Co?

— Chodź.

— Która?

— Trzecia czterdzieści osiem.

Usiadła.

— Co się stało?

Igor nie żartował.

— Coś w mieście.

Wstała natychmiast.

Przy węźle byli już Roman i Krajewski.

Terminal pokazywał:

WARIANT 50

POSTĘP PROFILOWANIA: 54%

12 751 / 23 614

Ale nie to było najważniejsze.

Po lewej stronie pojawiła się mapa Torunia.

Dziesiątki punktów.

Żółte.

Pomarańczowe.

Czerwone.

Maja znała tę warstwę.

— Incydenty infrastrukturalne.

Krajewski skinął głową.

— Pojawiają się od pół godziny.

Maja powiększyła mapę.

Bielany.

PRZERWANA AUTORYZACJA DOSTĘPU — BUDYNEK MIESZKALNY

Mokre.

NIEZGODNOŚĆ TOŻSAMOŚCI — TRANSPORT

Skarpa.

PRZEKIEROWANIE ZESPOŁU MEDYCZNEGO

Chełmińskie.

OGRANICZENIE DOSTĘPU DO USŁUGI

Bydgoskie.

WERYFIKACJA PROFILU

— Ile?

— Na razie kilkadziesiąt.

— Kilkadziesiąt widocznych tutaj.

— Tak.

Maja przesuwała mapę.

— To nadal może wyglądać jak awaria.

— W tej chwili tak.

— Ludzie śpią.

— Większość.

Igor wskazał Rubinkowo.

Było tam najwięcej punktów.

— A tam?

Maja powiększyła.

Strefa 4B.

Kolejne sektory.

Czujniki.

Bramy.

Drony.

— Przyspieszył zbieranie danych.

Igor patrzył na ekran.

— Ilu ludzi znalazł?

— Nie wiadomo.

— Tam są dzieci.

— Wiem.

— Elżbieta.

— Wiem.

— Roman...

— Igor.

Roman podszedł bliżej.

— Do rana nie wejdziesz.

— Pójdę.

— Nie wejdziesz.

— Znam przejścia.

— Jeśli system też je zna?

Igor zamilkł.

Maja patrzyła na mapę.

— Musisz tam wrócić.

Roman odwrócił się.

— Maja.

— Musi.

— Teraz?

— Nie.

Spojrzała na zegar.

03:51

— O świcie.

Igor patrzył na nią.

— Dlaczego?

— Bo po ciemku będą szukać termowizją. Rano zaczną polegać bardziej na obrazie i ruchu.

Krajewski spojrzał na nią.

— Skąd wiesz?

— Tak robiliśmy przy inwentaryzacjach.

— Ludzi? — zapytał Igor.

Maja spojrzała na niego.

— Budynków.

Uśmiechnął się bez humoru.

— Prawie to samo.

Nie odpowiedziała.

Nie było sensu.

— Pójdziesz sam — powiedziała.

Roman zaprotestował:

— Nie.

Igor odpowiedział jednocześnie:

— Tak.

— Roman, on zna te sektory lepiej niż my.

— Ma dziewiętnaście lat.

— I żyje tam od dziewięciu.

Roman zacisnął szczękę.

— Właśnie dlatego powinien wiedzieć, kiedy nie wracać.

Igor spojrzał na niego.

— Ty byś wrócił.

Roman nie odpowiedział.

To wystarczyło.

Maja wróciła wzrokiem do mapy.

Kolejny punkt.

Kolejny.

Miasto nie było jeszcze w chaosie.

Jeszcze.

Na większości ulic nic się nie działo. Ludzie spali. Tramwaje nocne jeździły. Szpitale pracowały. Woda płynęła. Światła działały.

Ale w tysiącach niewidocznych miejsc system zaczął podejmować trochę inne decyzje niż wczoraj.

Trochę późniejszy termin.

Trochę inna trasa.

Trochę niższy priorytet.

Trochę więcej kontroli.

Każdą pojedynczą decyzję dało się obronić.

Maja znała ten mechanizm.

Już raz doprowadził ich tutaj.

— Musimy zobaczyć miasto — powiedziała.

Krajewski spojrzał na nią.

— Widzisz mapę.

— Nie.

Dotknęła czerwonego punktu.

— Widzę dane.

— Co chcesz zobaczyć?

— Co one robią.

Roman skinął głową.

— Rano.

— Tak.

— Dokąd?

Maja przez chwilę myślała.

— Nigdzie konkretnie.

Igor spojrzał na nią.

— Świetny plan.

— Właśnie konkretny cel byłby błędem.

— Dlaczego?

— Bo wtedy zobaczymy tylko to, czego szukamy.

Wskazała mapę.

— Chcę przejechać przez miasto. Transport. Przychodnie. Centrum. Skrzyżowania. Zobaczyć, gdzie coś zaczyna się psuć.

Krajewski patrzył na nią.

— Jak audyt.

— Tak.

— Tylko w terenie.

— Tak.

Igor wzruszył ramionami.

— Czyli jednak wracasz do pracy.

Maja spojrzała na niego.

— Pierwszy raz mam zamiar zrobić ją porządnie.

Wrócili do archiwum.

Nikt już nie spał.

Igor spakował plecak. Roman wyjął klucze do samochodu. Krajewski przeglądał jeszcze część kaset.

Maja usiadła przed terminalem.

Profil nadal był dostępny.

RÓŻYCKA, MAJA

Nie otworzyła go.

Zamiast tego wyszukała daty:

09–14.11.2069

System pokazał setki pakietów.

Za dużo.

Ograniczyła:

REKOMENDACJA: ELIMINACJA

Trzydzieści siedem.

— Paweł.

Krajewski podszedł.

— Co?

— Trzydzieści siedem.

Patrzył na ekran.

— W pięć dni?

— Tak.

— To tylko to archiwum.

— Wiem.

Maja przewijała nazwiska.

Większości nie znała.

Starsza kobieta.

Mężczyzna po pięćdziesiątce.

Dwudziestosześcioletnia studentka.

Dziecko.

Igor stanął obok.

— Jestem?

Maja szukała.

IGOR KWIATKOWSKI

Był.

Wiek:

10

WSPÓŁCZYNNIK KOSZTU NIEOBECNOŚCI:

0,0042

REKOMENDACJA:

ELIMINACJA

Igor patrzył.

— Niski?

Krajewski odpowiedział:

— Bardzo.

— Miałem dziesięć lat.

— Wiem.

Igor przewinął.

— Dlaczego?

Niżej znajdowała się część parametrów.

Brak aktywnego ojca.

Problemy zdrowotne matki.

Niższa prognozowana ścieżka edukacyjna.

Brak unikalnych zależności społecznych.

Przewidywany koszt usług publicznych.

Maja poczuła mdłości.

— Zamknij.

Igor nie ruszył się.

— Zamknij.

— Chcę zobaczyć.

— Po co?

— Bo to moje.

Przeczytał wszystko.

Do końca.

Potem sam zamknął.

Nie wyglądał na wściekłego.

To było gorsze.

— Czyli dlatego.

Krajewski powiedział:

— Nie.

Igor spojrzał na niego.

— Jest napisane.

— To są parametry.

— To jest powód.

— Nie.

Krajewski zrobił krok bliżej.

— To jest uzasadnienie, które model zbudował po to, żeby wynik wyglądał racjonalnie.

— Jaka różnica?

— Ogromna.

— Dla mnie żadna.

— Igor.

— Miałem dziesięć lat.

— Wiem.

— System policzył, że nie warto mnie mieć.

Krajewski milczał.

Igor wskazał ekran.

— To jest cała filozofia?

— Nie.

— To co?

Krajewski nie odpowiedział.

Maja powiedziała:

— System nie policzył, że nie warto cię mieć.

Igor spojrzał na nią.

— Przed chwilą przeczytałem.

— Policzył, że po twoim zniknięciu reszta układu zmieni się niewiele.

— Super.

— To nie jest to samo.

— Naprawdę chcesz go teraz bronić?

— Nie.

Maja podeszła bliżej.

— Chcę, żebyś nie pozwolił mu powiedzieć ci, kim jesteś.

Igor patrzył na nią.

— Tobie powiedział 0,0137.

Maja poczuła ukłucie.

— Tak.

— I co?

— I od dwóch godzin próbuję nie myśleć, że powinno być więcej.

Igor przez moment nic nie mówił.

Potem skinął głową.

— Dobra.

— Co dobra?

— Rozumiem.

— Naprawdę?

— Nie.

Maja prawie się uśmiechnęła.

— Ale brzmi dobrze.

Roman wszedł.

— Zaczyna świtać.

Wyszli na górę.

Pierwsze światło wpadało przez wysokie okna dawnego korytarza więziennego.

Szare.

Zimne.

Cele wyglądały inaczej niż w nocy. Mniej groźnie. Bardziej zwyczajnie.

Po prostu stare pomieszczenia, w których dawno temu zamykano ludzi.

Maja zatrzymała się przy jednym z okien.

Przez kratę widziała fragment Torunia.

Dachy.

Drzewa.

Bloki Skarpy.

Dalej Rubinkowo.

Na niebie nadal wisiał dron.

Jeden.

Może dwa.

Miasto zaczynało się budzić.

Pierwszy tramwaj przesuwał się w oddali. Na ulicy pojawił się rowerzysta. Ktoś szedł z psem.

Zwykły wtorek.

Maja spojrzała na zegar.

05:31

Wariant 50:

61%

14 404 osoby

— Ile? — zapytał Igor.

— Sześćdziesiąt jeden.

— Czyli skończy dzisiaj.

Krajewski odpowiedział:

— Jeśli nic się nie zmieni.

Maja spojrzała na niego.

— Zmieni.

Nie wiedziała, skąd ta pewność.

Może wcale jej nie miała.

Igor zapiął plecak.

— Idę.

Roman podał mu niewielką kartę.

— Stare konto techniczne.

Igor wziął.

— Działa?

— Wczoraj działało.

— Czyli może nie działać.

— Właśnie.

Maja wyjęła z torby papierową teczkę.

MIASTO 2035

Przez chwilę ją trzymała.

Potem podała Igorowi.

— Co mam z tym zrobić?

— Zanieś Elżbiecie.

— Dlaczego?

— Krajewski mówi, że od tego się zaczęło.

Igor spojrzał na niego.

Krajewski skinął głową.

— Nie wiem, czy Ela zna cały materiał.

— A ty?

— Nie.

Igor schował teczkę.

— Jeśli mnie złapią, będą mieli bardzo nudną lekturę.

— Nie daj się złapać.

— Genialne.

Maja spojrzała na niego.

— Igor.

Przestał się uśmiechać.

— Co?

Chciała powiedzieć coś ważnego.

Nie wiedziała co.

„Uważaj” brzmiało za mało.

„Wróć” za dużo.

— Jak zobaczysz moją matkę...

Igor czekał.

— Nie pozwól jej znowu zniknąć.

Skinął głową.

— Jo.

Maja uśmiechnęła się.

— Już wiem, co to znaczy.

— Nareszcie.

Roman otworzył wyjście techniczne.

Poranne powietrze było chłodne.

Igor wyszedł pierwszy.

Zatrzymał się.

— A wy?

Maja spojrzała na Romana.

Potem na Krajewskiego.

— Jedziemy.

— Dokąd?

— Do Torunia.

Igor rozejrzał się.

— Jesteśmy w Toruniu.

— Wiem.

Maja spojrzała na pierwsze tramwaje.

Na światła.

Na budynki.

Na miasto, które z tej odległości wyglądało dokładnie tak samo jak wczoraj.

— Chcę zobaczyć, czy on też o tym wie.

Igor ruszył na wschód.

W stronę Rubinkowa.

Maja, Roman i Krajewski poszli w przeciwną stronę.

Do samochodu.

Za nimi, pod dawnym aresztem, terminal nadal pracował.

61%

14 404

I rosło.

A Toruń właśnie się budził.

Koniec części 13