Martwe miasto
— Dlaczego jej szukali?
— Nie teraz.
— Igor!
— Maja, ten dron nie przyleciał tu pogadać o twojej rodzinie.
Chwycił ją za rękaw i pociągnął między dwa bloki. Maja wyrwała się.
— Nie ciągnij mnie.
— To idź szybciej.
Dron był jeszcze daleko, ale jego niski szum stawał się coraz wyraźniejszy.
Maja znała te urządzenia. Miejskie jednostki obserwacyjne serii Oko-7. Niewielkie, ciche, wyposażone w kamery termiczne i system identyfikacji twarzy. W jej pracy służyły głównie do inwentaryzacji pustostanów, kontroli stanu dachów i sprawdzania terenów przed wyburzeniami.
Nigdy nie zastanawiała się, jak brzmią, kiedy człowiek nie chce zostać przez nie znaleziony.
— Pod drzewa — powiedział Igor.
— Termowizja.
— Wiem.
— Więc drzewa nic nie dadzą.
— Nie chodzi o drzewa.
Wbiegli do klatki najbliższego bloku. Drzwi nie miały czytnika. Igor zatrzasnął je za nimi.
— Tutaj.
Ruszył w dół.
— Znowu piwnica?
— Wolisz dach?
Na półpiętrze minęli kobietę z torbą.
— Co się dzieje? — zapytała.
— Bramy.
Tyle wystarczyło.
Kobieta odwróciła się i zaczęła wchodzić z powrotem. Na drugim piętrze otworzyły się drzwi.
— Bramy! — krzyknęła.
Słowo ruszyło przez budynek szybciej niż alarm.
Kolejne drzwi.
Kroki.
Czyjś głos:
— Wyłącz okna!
Potem:
— Dzieci do środka!
Nie było krzyku.
To przeraziło Maję bardziej.
Ludzie wiedzieli, co robić.
W piwnicy paliła się jedna stara latarka warsztatowa zawieszona pod sufitem. Przy ścianie stały akumulatory, przewody i urządzenie, którego Maja nie potrafiła rozpoznać.
Igor podszedł do metalowej szafki.
— Telefon.
— Co?
— Daj.
— Nie.
— Wyłączony też może odpowiadać na zapytania bliskiego zasięgu.
— Nie mój.
— Twój też.
Maja wyjęła telefon.
— Potrzebuję go.
— Właśnie dlatego go nie wyrzucamy.
Igor otworzył metalowe pudełko wyłożone od środka drobną siatką.
— Tutaj.
Maja zawahała się.
Telefon był wszystkim. Dokumentem. Pieniędzmi. Kluczem do mieszkania. Identyfikatorem pracowniczym. Dostępem do miasta. Połączeniem z Wolskim.
Z matką.
Ostatnie połączenie nadal tkwiło w historii:
MAMA — 14:36 — 4:17
Włożyła telefon do pudełka.
Igor zamknął pokrywę.
— Teraz dla większości miejskich systemów jesteś człowiekiem bez telefonu.
— Czyli podejrzanym.
Z góry dobiegł szum. Dron przeleciał nad budynkiem.
Czekali, aż ucichnie.
— Idziemy — powiedział Igor.
— Dokąd?
— Do Elżbiety.
— A telefon?
— Zostaje.
— Nie zostawię...
— Wrócisz po niego.
Igor już otwierał drugie drzwi.
Maja popatrzyła na metalowe pudełko. Jeszcze rano perspektywa wyjścia z domu bez telefonu wydawałaby jej się bardziej absurdalna niż przechodzenie przez dziurę w płocie.
Teraz zrobiła jedno i drugie.
Wyszli z drugiej strony budynku.
Osiedle się zmieniało. Nie fizycznie. Przed chwilą Maja widziała dzieci na rowerach, ludzi przed blokami, otwarte okna. Teraz ulice pustoszały. Z balkonów znikało pranie, gasły światła, zamykały się okna. Mężczyzna, którego wcześniej widziała przy rowerze, wprowadzał go do klatki. Dwoje dzieci zbierało kredę z asfaltu.
— Mati! — zawołał Igor.
Chłopiec podniósł głowę.
— Do domu.
— Wiem.
Nie protestował. Po chwili zniknął w budynku.
— Jak często to robicie? — zapytała Maja.
— Co?
— Chowacie się.
— Nie chowamy się.
— Właśnie widziałam, jak całe osiedle zniknęło w trzy minuty.
— To nie znaczy, że się chowamy.
Igor spojrzał w górę.
— Nie lubimy być liczeni.
Maja prawie odpowiedziała.
Zamilkła.
Nie wierz liczbie.
Szli szybko wzdłuż bloków. Na końcu ulicy zobaczyła pierwszą bramę. Wcześniej była otwarta. Teraz metalowe skrzydła stykały się pośrodku jezdni, a nad nimi paliła się czerwona dioda.
Maja znała ten system.
— To nie jest zwykłe zamknięcie.
— Wiem.
— Aktywowali izolację sektorową.
Igor popatrzył na nią.
— Widzisz? Jednak się przydajesz.
Maja podeszła bliżej.
— Ten tryb miał zostać wyłączony po zamknięciu centrum readaptacji.
— Miał.
— Nie można go uruchomić bez procedury bezpieczeństwa.
— Można.
— Nie. Potrzebna jest autoryzacja.
— Czyja?
Maja otworzyła usta, ale zaraz je zamknęła.
Nie wiedziała. Nie zajmowała się bezpieczeństwem. System po prostu istniał w dokumentacji jako infrastruktura nieaktywna.
— Sprawdzę później.
— Jak odzyskasz telefon.
— Jak wrócę do pracy.
Igor zatrzymał się.
— Naprawdę myślisz, że jutro pójdziesz do biura?
— A dlaczego nie?
Przez chwilę nic nie mówił.
— Nie rób tego — powiedziała.
— Czego?
— Tej miny.
— Jakiej?
— Jakbyś wiedział coś, czego ja nie wiem.
— To nie mina.
— Igor.
— Dobra. Jutro o ósmej idziesz do Collegium Maximum, siadasz przy biurku, robisz kawę, otwierasz system i piszesz: „Dzień dobry, chciałabym zgłosić kilka tysięcy martwych osób, które nie są martwe”.
Maja ruszyła dalej.
— O dziewiątej. Zaczynam o dziewiątej.
Igor ją dogonił.
— To zmienia wszystko.
Kolejne drony pojawiły się kilka minut później.
Dwa.
Pierwszy przesuwał się nad blokami, drugi krążył bliżej ogrodzenia. Maja obserwowała je spomiędzy drzew.
— Szukają mnie?
— Nie wiem.
— Przed chwilą twierdziłeś, że tak.
— Powiedziałem, że możliwe.
— Robisz postępy.
— Dzięki.
— Mogą po prostu sprawdzać sektor po zamknięciu bram.
— Mogą.
— Czyli nie wiemy.
— Nie.
To „nie wiemy” podobało jej się bardziej niż wszystkie jego wcześniejsze odpowiedzi.
— Dziewięć lat temu — powiedziała. — Co się wydarzyło?
Igor nie odpowiedział.
— Powiedziałeś, że szukali mojej matki.
— Tak mi powiedziano.
— Przez kogo?
— Elżbietę.
— Brzezińską?
— Tak.
— Czyli ona zna Teresę.
— Zna.
— Od kiedy?
— Długo.
— To znaczy?
— Dłużej niż ja.
— Bardzo precyzyjne.
Igor zatrzymał się przy bocznym wejściu do niewielkiego budynku. Wyglądał jak dawna przychodnia.
— Sama ją zapytasz.
Zapukał dwa razy.
Przerwa.
Raz.
Drzwi otworzyły się niemal natychmiast. Stał w nich mężczyzna około sześćdziesiątki. Spojrzał na Igora, potem na Maję.
— To ona?
— Tak.
Mężczyzna zaklął.
— Co?
— Nic. Wchodźcie.
W środku było może trzydzieści osób. Dopiero po chwili Maja rozpoznała stare oznaczenia na ścianach:
GABINET 3
ZABIEGOWY
REJESTRACJA
Przychodnia.
Według miejskich danych nieczynna od 2068 roku.
W dawnej poczekalni siedziało kilka osób. Starsza kobieta miała zabandażowaną rękę, mężczyzna trzymał nogę na krześle, a w jednym z gabinetów ktoś rozmawiał z dzieckiem.
— Macie lekarza? — zapytała Maja.
— Dzisiaj nie — odpowiedział mężczyzna przy drzwiach.
— Jak to „dzisiaj”?
— Jest we wtorki i piątki.
Maja odruchowo pomyślała, że dziś jest poniedziałek.
— A jeśli ktoś zachoruje w środę?
— Staramy się chorować we wtorki.
Igor parsknął.
Mężczyzna nie.
Maja też nie.
— Leki?
— Część mamy.
— Skąd?
— Różnie.
— To znaczy nielegalnie.
Mężczyzna przyjrzał jej się.
— Pani z miasta?
Igor wszedł między nich.
— Roman.
— Pytam.
Maja odpowiedziała sama.
— Tak.
Roman skinął głową.
— Widać.
— Po czym?
— Po słowach.
Igor się uśmiechnął.
— Mówiłem.
Maja zignorowała obu.
— Gdzie jest Elżbieta?
Roman wskazał korytarz.
— Na końcu.
— Wie, że przychodzimy?
— Teraz już wie.
Elżbieta Brzezińska siedziała przy stole.
Maja znała jej twarz z rejestru. Tyle że zdjęcie miało kilkanaście lat.
Kobieta przed nią miała sześćdziesiąt jeden lat, krótkie siwe włosy, cienką twarz i okulary zsunięte na koniec nosa. Na stole leżały papierowe mapy Rubinkowa.
Papierowe.
Na jednej coś zaznaczała ołówkiem.
Podniosła głowę. Najpierw spojrzała na Igora, potem na Maję.
Ołówek zatrzymał się nad mapą.
— Cholera.
Maja oparła dłonie o stół.
— Dzisiaj słyszę to wyjątkowo często.
Elżbieta zdjęła okulary.
— Jesteś podobna do Teresy.
— Wszyscy mi to dzisiaj mówią.
— Jak się złościsz.
— To też.
Igor zamknął drzwi.
— Gdzie ona jest? — zapytała Elżbieta.
— Miałam nadzieję, że pani mi powie.
— Nie wiesz?
— Nie.
Coś zmieniło się w twarzy Elżbiety.
Jeszcze nie strach.
— Kiedy ostatnio z nią rozmawiałaś?
— Dzisiaj.
— O której?
— Czternasta trzydzieści sześć.
Elżbieta spojrzała na Igora.
— Niemożliwe.
— Rozmawiałam z własną matką przez cztery minuty i siedemnaście sekund.
— Co powiedziała?
— Pytała, czy przyjadę. Potem o zupę.
— O co?
— O pomidorową.
Elżbieta przez chwilę milczała.
— To była Teresa?
Maja wyprostowała się.
— Chyba potrafię rozpoznać głos matki.
— Nie o to pytam.
— To o co?
Elżbieta nie odpowiedziała. Podeszła do drzwi.
— Roman.
Mężczyzna pojawił się po chwili.
— Co?
— Sprawdź, czy po czternastej ktoś miał połączenie z Teresą.
— Jak?
— Tak jak zawsze.
Roman zerknął na Maję.
— Bez sieci miejskiej.
— Sprawdź.
Wyszedł.
— Co się dzieje? — zapytała Maja.
Elżbieta wróciła do stołu.
— O której byłaś w mieszkaniu?
— Przed dwudziestą.
— Był tam ktoś?
— Nie.
— Ślady wejścia?
— Nie.
— Zupa?
Maja zmarszczyła brwi.
— Co z nią?
— Była ciepła?
— Letnia.
Elżbieta skinęła głową.
— Kuchenka?
Maja przypomniała sobie panel.
— Była w trybie podtrzymania.
— Czyli zupa mogła stać od rana.
— Co pani próbuje mi powiedzieć?
— Że nie dowodzi, że Teresa była tam jeszcze dzisiaj.
— A rozmowa?
— Tego właśnie nie wiem.
Maja przypomniała sobie wiadomość:
To jak jutro przyjedziesz to pomidorowa. Makaron czy ryż?
18:11
— Pisała też później.
— O której?
— Osiemnasta jedenaście.
— Treść?
Maja powtórzyła wiadomość.
Elżbieta zamknęła oczy.
Tylko na moment.
— Co?
— Nic.
— Nie. Koniec z tym. Od kilku godzin wszyscy mówią mi „nic”, „później” albo „nie teraz”. Chcę wiedzieć, co się dzieje.
Elżbieta usiadła.
— Dobrze.
— Gdzie jest moja matka?
— Nie wiem.
— Dlaczego dziewięć lat temu zamknięto wszystkie bramy i jej szukano?
Igor spojrzał na Elżbietę.
— Bo zrobiła coś, czego nie powinna — odpowiedziała.
— Co?
— Uratowała człowieka.
Maja spojrzała na Igora.
— Jego?
— Między innymi.
— Powiedział mi, że matka wpisała go jako zmarłego.
— Tak.
— Miał dziesięć lat.
— Tak.
— Dlaczego ktoś miałby chcieć śmierci dziesięcioletniego dziecka?
Elżbieta długo nie odpowiadała.
— Wtedy jeszcze zadawaliśmy to pytanie inaczej.
— Jak?
— Dlaczego system uznał, że może umrzeć.
Maja poczuła, że słowo „system” zaczyna działać jej na nerwy.
— System niczego nie uznaje. Ktoś ustala zasady.
Elżbieta popatrzyła na nią.
— Dobrze.
W tym jednym słowie było niemal coś w rodzaju ulgi.
— Wreszcie właściwe pytanie.
— Więc kto?
— Nie wiem, czy nadal potrafię odpowiedzieć jednym nazwiskiem.
— Spróbujmy kilkoma.
— Maju...
— Niech pani nie mówi do mnie jak moja matka.
Elżbieta uśmiechnęła się smutno.
— Tego akurat nauczyłam się od niej.
Maja wyjęła z kieszeni płytkę i położyła ją na stole.
MPP/27
Elżbieta natychmiast przestała się uśmiechać.
Nie dotknęła jej.
— Skąd to masz?
— Z mieszkania matki.
— Gdzie było?
— Pod książką.
Elżbieta wstała tak gwałtownie, że krzesło uderzyło o ścianę.
— Schowaj to.
— Najpierw powie mi pani, co to jest.
— Schowaj.
— Wolski powiedział, że to coś ze starego modelu miejskiego.
Elżbieta zamarła.
— Rozmawiałaś z Jakubem?
— Tak.
— Dzisiaj?
— Jakieś pół godziny temu.
— Gdzie jest?
— Pojechał szukać żony.
Elżbieta usiadła.
Powoli.
— Zna pani Jadwigę? — zapytała Maja.
— Tak.
— Wolski mówi, że według rejestru nie żyje od dwunastego sierpnia.
— Co?
— A wczoraj jadł z nią kolację.
Twarz Elżbiety straciła kolor.
— Kiedy zmarła?
— Według rejestru?
— Tak.
— Dwunastego.
— Jakub ją widział czternastego?
— Tak.
Elżbieta zdjęła okulary i położyła je obok mapy.
— Muszę z nim porozmawiać.
— Najpierw ze mną.
— Maju...
— Kim jest Wolski?
— Wiesz, kim jest.
— Demograf. Urbanista. Emerytowany profesor, który przechowuje w domu filmy z czasów, których prawie nikt już nie ma, i od dwóch tygodni liczy ludzi zmarłych tego samego dnia.
Elżbieta podniosła głowę.
— Jakich ludzi?
— Dwieście osiemnaście osób. Jeden dzień. Wolski twierdzi, że znalazł ponad cztery tysiące podejrzanych zgonów w pół roku.
Igor przestał opierać się o ścianę.
Elżbieta patrzyła na Maję.
— Powtórz.
— Ponad cztery tysiące.
— Dokładnie?
— Nie powiedział.
— Jakie kryterium?
— Brak zgodnej historii medycznej. Brak pochówku. Brak odbioru ciała. Nagłe wyłączenie profilu.
Elżbieta podeszła do okna. Na zewnątrz było już prawie ciemno.
— To wróciło.
Maja usłyszała.
— Co wróciło?
Elżbieta nie odpowiedziała.
— Pani Elżbieto.
Kobieta odwróciła się.
— Ilu mieszkańców ma Toruń?
Pytanie było tak absurdalne, że Maja przez moment nie odpowiedziała.
— Siedemdziesiąt trzy tysiące sześćset czternaście.
— Nie.
— Pracuję w Biurze Optymalizacji Przestrzennej. Codziennie widzę dane populacyjne.
— Wiem, gdzie pracujesz.
— Więc 73 614.
Elżbieta pokręciła głową.
— Nie.
— To ilu?
— Nie wiem.
— Igor też nie wie. Nikt tutaj niczego nie wie.
— I dzięki temu jeszcze żyją.
Maja spojrzała za okno. Na pojedyncze światła. Na bloki, które nie istniały.
— Kilka tysięcy?
— Tutaj.
— A w całym mieście?
— Nie wiem.
— Dziesięć?
Elżbieta milczała.
— Piętnaście?
— Powiedziałam, że nie wiem.
— Dwadzieścia?
— Maju.
— Jak można ukryć dwadzieścia tysięcy ludzi?
Elżbieta spojrzała na nią.
— Nie ukrywaliśmy ludzi.
— To co robiliście?
— Ukrywaliśmy ich przed liczbą.
Maja niemal się roześmiała.
— To brzmi efektownie, ale nic nie znaczy.
— Znaczy dokładnie to, co powiedziałam.
Elżbieta przesunęła w jej stronę papierową mapę Torunia.
Nie takiego, jaki Maja znała z systemu.
Czerwonym ołówkiem zaznaczono na niej dziesiątki punktów.
Rubinkowo.
Skarpa.
Mokre.
Podgórz.
Stawki.
Fragmenty Jakubskiego.
Pojedyncze budynki w centrum.
— Co to jest?
— Miejsca.
— Jakie?
— Gdzie mieszkają ludzie, których nie ma.
Maja patrzyła na mapę.
— Wszystkie?
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo nie chcieliśmy mieć jednej pełnej listy.
— Kto „my”?
Elżbieta spojrzała na Igora, potem na MPP/27, w końcu na Maję.
— Twoja matka.
— Kto jeszcze?
Zawahała się.
— Ja.
— I?
— Jakub.
Maja znieruchomiała.
— Wolski?
— Tak.
— Co wy zrobiliście?
Elżbieta przez moment milczała.
— Najpierw próbowaliśmy zatrzymać to zgodnie z procedurą.
— Co?
— Audyty. Odwołania. Kontrole. Blokowanie rekomendacji. Każdy papier, jaki można było wysłać, wysłaliśmy.
— Jakich rekomendacji?
— Jeszcze nie.
Maja uderzyła dłonią w stół.
— Nie ma żadnego „jeszcze nie”!
Igor drgnął.
Elżbieta nie.
— Jest. Bo jeśli powiem ci teraz wszystko naraz, przestaniesz słuchać.
— Proszę spróbować.
— Nie.
Maja chwyciła MPP/27.
— W takim razie wychodzę.
— Dokąd?
— Do Wolskiego.
— Nie możesz.
— Proszę patrzeć.
— Bramy są zamknięte.
— Przyszłam przez płot.
— Drony już działają.
— To znajdę inną drogę.
Elżbieta przyglądała jej się przez chwilę.
— Jesteś dokładnie taka jak ona.
— W tej chwili to nie jest komplement.
— Nigdy nie był.
Maja ruszyła do drzwi.
— Maju.
Zatrzymała się.
— W 2067 roku — powiedziała Elżbieta — Toruń miał siedemdziesiąt osiem tysięcy czterystu dwudziestu jeden mieszkańców.
Maja się odwróciła.
— Co?
— Kompaktowy Toruń nie był tajemnicą. Sama o tym wiesz.
— Oczywiście.
— Były konsultacje. Protesty. Debaty. Warianty. Osiemdziesiąt tysięcy. Siedemdziesiąt pięć. Siedemdziesiąt. Sześćdziesiąt.
Maja nic nie mówiła.
— Wybrano siedemdziesiąt.
— Bo prognozy demograficzne...
— Nie.
Pierwszy raz Elżbieta podniosła głos.
— To właśnie jest kłamstwo, które powtarzamy sobie od jedenastu lat.
Zapadła cisza.
— Model pokazał warianty. Ludzie wybrali siedemdziesiąt tysięcy.
Maja znała tę historię.
Przynajmniej sądziła, że zna.
— Jako wielkość miasta, do której trzeba dostosować infrastrukturę.
— Tak.
Elżbieta podeszła bliżej.
— Na początku pytanie brzmiało: jak ma wyglądać Toruń, jeśli zostanie w nim siedemdziesiąt tysięcy ludzi?
Maja przypomniała sobie Wolskiego.
Prawie te same słowa.
— A potem?
— Potem ktoś odwrócił pytanie.
— Jak?
Elżbieta odpowiedziała:
— Jak sprawić, żeby zostało ich siedemdziesiąt tysięcy.
Z korytarza dobiegły szybkie kroki.
Roman otworzył drzwi.
— Elżbieta.
— Co?
Spojrzał na Maję.
— Sprawdziłem Teresę.
Maja podeszła bliżej.
— I?
— Ostatnie potwierdzone użycie jej profilu było dzisiaj o drugiej czterdzieści cztery w nocy.
— Nie. Przecież rozmawiałam z nią po czternastej.
— Ale nie potrafię potwierdzić, że to była Teresa.
Mai ścisnęło gardło.
— Słyszałam ją.
— Nie mówię, że nie.
— To co pan mówi?
Roman spojrzał na Elżbietę.
— Że po drugiej czterdzieści cztery nie mam żadnego śladu, który potwierdza, że Teresa osobiście użyła urządzenia.
Maja wyjęła z kieszeni kartkę.
NIE WIERZ LICZBIE.
Nagle zobaczyła te słowa inaczej.
Nie jak ostrzeżenie dotyczące populacji.
Jak instrukcję.
Nie wierz liczbie mieszkańców.
Nie wierz liczbie zmarłych.
Nie wierz godzinie połączenia.
Nie wierz dacie śmierci.
Nie wierz temu, że człowiek istnieje tylko dlatego, że system mówi, że istnieje.
Ani temu, że nie istnieje, kiedy system twierdzi coś przeciwnego.
— Gdzie jest moja matka? — zapytała.
Elżbieta pokręciła głową.
— Nie wiem.
Tym razem Maja jej uwierzyła.
Z zewnątrz dobiegł szum, znacznie głośniejszy niż wcześniej. Igor podszedł do okna.
— Elżbieta.
— Ile?
— Cztery.
Roman zgasił światło.
Nad Rubinkowem przesuwały się cztery miejskie drony.
Jeden za drugim.
Powoli.
Systematycznie.
Nie wyglądały jak maszyny, które czegoś szukają.
Wyglądały jak maszyny, które zaczęły liczyć.
— Musimy przenieść ludzi z pierwszej linii bloków — powiedziała Elżbieta.
— Dokąd?
— Dalej.
— Ilu?
— Tylu, ilu zdążymy.
— Mogę pomóc.
Elżbieta spojrzała na Maję.
— Ty?
— Znam plany sektorów. Wiem, które budynki mają jeszcze czynne przejścia techniczne, gdzie zostały stare ciągi serwisowe i które kamery obejmują martwe pola.
Igor uniósł brwi.
— Jednak urząd się przydaje.
Maja go zignorowała.
Elżbieta zwinęła mapę.
— Dobrze. Roman, zaczynajcie od R-12 do R-19. Bez sieci. Igor, bierzesz Maję i...
Urwała.
Patrzyła w okno.
Jeden z dronów przestał się przesuwać. Zawisł nad blokiem naprzeciwko.
Potem drugi.
Trzeci.
Na dachach kolejnych budynków zaczęły zapalać się niewielkie punkty.
Czujniki.
Te, które według miejskiej dokumentacji od lat były wyłączone.
Maja znała ten proces. Widziała go setki razy w pracy. System aktywował kolejne sektory przed inwentaryzacją.
Najpierw obraz.
Potem termowizja.
Ruch.
Zużycie.
Identyfikacja.
Na końcu aktualizacja mapy.
— Oni nie szukają mnie — powiedziała.
Igor spojrzał na nią.
— Co?
Maja obserwowała, jak kolejny czujnik wraca do życia.
— Gdyby szukali jednej osoby, nie uruchamialiby całej infrastruktury.
— To czego szukają?
Pomyślała o mapie Elżbiety.
O światłach w budynkach, które według miasta były puste.
O dziecku na rowerze.
O kilku tysiącach ludzi, których nikt nie policzył.
I o 73 614 mieszkańcach Torunia.
— Nie szukają.
Spojrzała na Elżbietę.
— Sprawdzają, ilu was naprawdę jest.
Nikt się nie odezwał.
Na dachu sąsiedniego bloku zapalił się następny czujnik.
Potem kolejny.
Martwe miasto właśnie zaczynało wracać do systemu.