Most
Roman już był przy drzwiach.
Maja ruszyła za nim. Krajewski został przy terminalu.
— Paweł!
— Sekunda.
— Nie mamy sekundy.
— Pociąg dopiero ruszył.
Maja zawróciła.
Na ekranie przesuwał się symbol składu.
T-4
PRZEJAZD TECHNICZNY
WYJAZD: TORUŃ KLUCZYKI
TRASA: PRZEZ TORUŃ GŁÓWNY — TORUŃ WSCHODNI
OBSŁUGA: 0
Niżej:
PRĘDKOŚĆ: 11 KM/H
— Jedenaście?
— Dopiero wyjechał z Kluczyków.
— Ile do mostu?
Krajewski otworzył trasę.
— Kilka kilometrów.
— Ile czasu?
— Nie wiem.
— Jak to nie wiesz?
— Nie wiem, jak będzie przyspieszał. To skład techniczny, nie tramwaj. Trasa jest aktywna, ale profil przejazdu może się zmieniać.
Roman pojawił się w drzwiach.
— To przestańcie go liczyć i chodźcie.
Krajewski chwycił terminal.
— Tor?
— Co?
— Którym pojedzie przez most?
Przewinął.
TOR MOSTOWY: USTALANY
Maja poczuła niepokój.
— Nie wiadomo?
— Jeszcze nie.
— Ludzie są na torach.
— Wiem.
— Na dwóch.
— Wiem.
Roman zaklął.
— Jedziemy.
Zbiegli po schodach.
Na parterze drzwi główne nie chciały ich wypuścić.
DOSTĘP CZASOWO OGRANICZONY
Roman uderzył w przycisk awaryjny.
Drzwi się otworzyły.
— Można? — zapytała Maja.
— Właśnie można było.
Wybiegli.
Samochód Romana stał kilkadziesiąt metrów dalej. Na placu przed Collegium Maximum ludzie patrzyli w telefony. Ktoś kłócił się z miejskim terminalem. Kobieta siedziała na chodniku i powtarzała do słuchawki:
— Nie mogę wejść do domu. Rozumiesz? Do własnego domu.
Maja minęła ją.
Nie zatrzymała się.
Pierwszy raz tego dnia nawet nie próbowała.
Roman odpalił samochód.
— Którędy?
— Najkrócej.
— To nie jest adres.
Krajewski miał już mapę.
— Aleją. Potem w dół. Północny przyczółek.
Roman ruszył.
Za szybko.
Maja złapała uchwyt.
— Roman.
— Co?
— Jedź.
Na pierwszym skrzyżowaniu wszystkie światła były czerwone.
Roman zwolnił.
Maja zobaczyła pustą poprzeczną jezdnię.
— Jedź.
Przejechał.
Automatyczny samochód zatrzymał się kilka metrów dalej i zaczął protestować światłem oraz dźwiękiem.
Telefon Mai zadzwonił.
Igor.
Odebrała natychmiast.
— Gdzie jesteście?
Najpierw usłyszała wiatr.
Potem ludzi.
Dużo ludzi.
I charakterystyczny, metaliczny głos miejskiego nagłośnienia.
— Przy moście — odpowiedział Igor.
— Weszliście?
— Część.
— Nie wchodźcie dalej.
— Nie bardzo mamy wybór.
— Igor.
— Są za nami.
— Kto?
— Reorganizacyjni. I drony.
W tle rozległ się komunikat:
— Prosimy kontynuować ewakuację w wyznaczonym kierunku. Nie zatrzymywać się.
— Są uzbrojeni? — zapytała Maja.
Chwila ciszy.
— Tak.
— Igor?
— Mają broń.
Maja poczuła, że coś zaciska jej się w żołądku.
— Elżbieta z nimi rozmawiała?
— Próbowała.
— I?
— Powiedzieli, że mają polecenie opróżnienia strefy.
— Dokąd was prowadzą?
— Na południe.
Krajewski usłyszał.
— Głośnik.
Maja włączyła.
— Igor — powiedział Krajewski. — Macie wyznaczony punkt docelowy?
— Nie.
— Musi być.
— Nie ma. Jest tylko kierunek ewakuacji.
— Dokładnie co pokazuje?
— Nic nie pokazuje. Drony prowadzą.
Krajewski spojrzał na mapę.
— System wyprowadza ich najkrótszym ciągiem poza obszar weryfikacji.
— Przez most? — zapytała Maja.
— Tak.
Roman zacisnął dłonie na kierownicy.
— Przez czynny most kolejowy.
— Tak.
— To nie jest zamknięta linia — powiedział. — Ruch jest mały, ale most cały czas pracuje.
Maja patrzyła na Krajewskiego.
— System wie o T-4.
— Musi wiedzieć.
— I nadal prowadzi tam ludzi.
Nie odpowiedział.
Maja wróciła do telefonu.
— Igor. Nie wchodźcie na most.
— Powiedziałem.
— I?
— Ludzie z tyłu napierają.
— Niech się zatrzymają.
Igor nie odpowiedział.
Zamiast niego usłyszała komunikat z drona:
— Zatrzymywanie przepływu ewakuacyjnego jest zabronione. Próba zawrócenia lub opuszczenia wyznaczonej trasy może skutkować użyciem środków przymusu bezpośredniego.
Kilka sekund później drugi głos, tym razem człowieka:
— Iść dalej! Nie zatrzymywać się!
Ktoś krzyknął:
— Tam są tory!
Odpowiedź:
— Wykonywać polecenia!
Maja ścisnęła telefon.
— Igor, broń jest załadowana?
— Skąd mam wiedzieć?
W tle ktoś krzyczał.
Potem Igor:
— Maja.
— Co?
— Powiedzieli przed chwilą, że w razie próby przerwania ewakuacji użyją ostrej amunicji.
Roman uderzył dłonią w kierownicę.
— Kurwa.
Maja zamknęła oczy.
Tylko na sekundę.
— Igor, słuchaj mnie. Nie zatrzymujcie się nagle. Nie prowokujcie ich. Ale idźcie jak najwolniej.
— Spróbujemy.
— I trzymaj ludzi między torami, dopóki nie będziemy wiedzieć, którym pojedzie skład.
Krajewski spojrzał na nią.
Maja wiedziała.
Nie było dobrego miejsca.
Było tylko mniej złe.
— Igor?
— Jestem.
— Nie wybierajcie toru na chybił trafił.
— Właśnie dlatego idziemy środkiem.
Połączenie urwało się.
— Igor?
Nic.
Krajewski sprawdził skład.
PRĘDKOŚĆ: 19 KM/H
— Przyspiesza — powiedziała Maja.
— Normalnie.
— Do ilu?
— Nie wiem.
— Paweł.
— To przejazd techniczny. Nie mam profilu trakcyjnego.
Roman skręcił tak ostro, że Maja uderzyła ramieniem o drzwi.
— Możecie się pokłócić później.
Na ulicach było coraz więcej ludzi i coraz mniej działających automatów.
Jeden samochód stał na skrzyżowaniu.
Drugi jechał wolno w trybie awaryjnym.
Tramwaj zatrzymał się przy otwartych drzwiach, pasażerowie szli pieszo.
Roman zjechał na torowisko.
— Nie możesz tutaj jechać — powiedziała Maja.
— Mogę.
— To jest torowisko.
— Widzę.
— Roman.
— Zawsze chciałem.
Normalnie by się uśmiechnęła.
Nie teraz.
Krajewski odświeżył pozycję T-4.
PRĘDKOŚĆ: 27 KM/H
Skład zbliżał się do Torunia Głównego.
— Zadzwoń do kolei — powiedziała.
— Próbuję.
— I?
— Miejski dostęp ma tylko odczyt.
— To dzwoń normalnie.
— Nie mam numeru dyspozytora w kontaktach.
Roman prychnął.
— Niesamowite.
Krajewski uruchomił numer alarmowy infrastruktury kolejowej.
Automat.
— Proszę wybrać kategorię zgłoszenia...
Maja wyrwała mu terminal.
— Zagrożenie życia.
— Proszę określić...
— Zagrożenie życia!
System przełączył.
— Szacowany czas oczekiwania...
Maja się rozłączyła.
— Nie.
— To jest linia alarmowa — powiedział Krajewski.
— Właśnie dlatego nie będę czekać w kolejce.
Roman minął stojący autobus.
Za następnym skrzyżowaniem zobaczyli konstrukcję mostu.
Najpierw stalowe przęsła.
Potem ludzi.
Maja nie zrozumiała od razu skali.
Tłum nie stał w jednym miejscu. Ciągnął się od północnego przyczółka daleko na most. Część ludzi była już pomiędzy stalowymi przęsłami.
Setki.
Nie szli równym szeregiem.
Nie dało się.
Starsze osoby zostawały z tyłu. Dzieci przeciskały się między dorosłymi. Ktoś niósł wielką torbę. Ktoś inny klatkę z ptakiem.
Maja ją rozpoznała.
Tę samą.
— Ptak — powiedziała.
Roman nawet nie zapytał.
Zatrzymał samochód.
Dalej nie dało się jechać.
Hałas uderzył ich natychmiast.
Ludzie.
Drony.
Miejskie komunikaty.
Krzyki.
Nad tłumem wisiały trzy maszyny. Nie wysoko. Kilkanaście metrów.
Za ostatnimi ludźmi szła grupa pracowników Miejskiego Zespołu Reorganizacyjnego.
Część miała zwykłe terminale.
Część broń.
Nie pistolety.
Długą.
Maja nigdy wcześniej nie widziała jej w rękach pracownika miejskiego.
Jeden z dronów powtarzał:
— Prosimy kontynuować ewakuację. Nie zatrzymywać się. Nie zawracać.
Drugi:
— Próba opuszczenia wyznaczonego korytarza może zostać uznana za zagrożenie operacji. Służby miejskie są uprawnione do użycia broni palnej.
Ktoś z tłumu odpowiedział:
— TO STRZELAJ!
Natychmiast kilka osób zaczęło krzyczeć, żeby się zamknął.
Maja pobiegła.
— Igor!
Nikt nie odpowiedział.
— IGOR!
Roman ruszył w lewo.
— Znajdę go.
— Nie rozdzielamy się.
— Już jesteśmy rozdzieleni.
Zniknął w tłumie.
Maja podeszła do Krajewskiego.
— Pociąg.
Terminal:
PRĘDKOŚĆ: 31 KM/H
— Jest przy Głównym.
— Tor?
TOR MOSTOWY: USTALANY
— Nadal?
— Rozjazdy mogą ustawić go dopiero po wyjeździe ze stacji.
Maja spojrzała na most.
Dwa tory.
A pomiędzy nimi szedł największy strumień ludzi.
Nie dlatego, że tak wyznaczono trasę.
Dlatego, że nikt nie wiedział, którym torem pojedzie T-4.
Część trzymała się jednego.
Inni drugiego.
Co chwilę ktoś przechodził na środek.
Chaos nie wyglądał jak bieganie.
Wyglądał gorzej.
Każdy próbował sam zdecydować, gdzie będzie bezpieczniej.
A nikt nie miał informacji.
— Maja!
Elżbieta.
Stała kilkadziesiąt metrów dalej.
Maja przeciskała się do niej.
— Gdzie Igor?
— Z przodu.
— Po co?
— Próbuje nie dopuścić, żeby ludzie rozeszli się na oba tory.
— Pociąg już jedzie.
Elżbieta zbladła.
— Gdzie?
— Od Głównego.
— Którym?
— Nie wiemy.
Elżbieta popatrzyła na ludzi.
— To dlatego wszyscy idą środkiem.
— Wiem.
— Nie ma gdzie ich zabrać.
Maja pierwszy raz naprawdę przyjrzała się mostowi.
Nie było żadnych furtek.
Żadnych schodów.
Żadnego zejścia w połowie.
Dwa tory prowadziły przez całą Wisłę.
Po bokach stalowa konstrukcja i wąskie ciągi techniczne, na których mogło zmieścić się kilka osób, nie kilkaset.
Jeśli pociąg wjedzie na jeden tor, tłum będzie musiał uciekać od niego na drugi albo wciskać się pomiędzy.
Jeśli spanikuje wcześniej, sam może zrobić sobie krzywdę.
— Musimy zatrzymać ludzi przed mostem.
Elżbieta pokręciła głową.
— Nie pozwalają.
Wskazała za siebie.
Maja ruszyła do służb miejskich.
— Kto dowodzi?
Najbliższy pracownik spojrzał na nią.
Młody. Może trzydzieści lat. Kamizelka. Karabin przewieszony przez pierś.
— Proszę opuścić ciąg ewakuacyjny.
— Na most jedzie pociąg.
— Proszę nie utrudniać operacji.
Maja wyciągnęła identyfikator.
— Maja Różycka. Biuro Optymalizacji Przestrzennej.
Terminal mężczyzny zapiszczał.
MAJA RÓŻYCKA
STATUS: WERYFIKACJA
Cofnął urządzenie.
— Pani profil nie jest aktywnie potwierdzony.
Maja poczuła, że coś w niej pęka.
— A pociąg jest?
— Słucham?
— T-4. Przejazd techniczny. Toruń Kluczyki, Toruń Główny, dalej przez most.
Mężczyzna sprawdził terminal.
— Nie mam zgłoszonej kolizji.
— Ja ją właśnie zgłaszam.
— System kolejowy nie zgłasza zagrożenia.
Krajewski podszedł.
— Proszę wstrzymać ewakuację.
Mężczyzna go rozpoznał.
— Panie dyrektorze.
— Natychmiast.
— Nie mogę.
— Możesz.
— Nie jestem operatorem procedury.
— Masz przed sobą ludzi.
Mężczyzna popatrzył na tłum.
— Polecenie jest aktywne.
Za jego plecami ktoś spróbował cofnąć się z mostu.
Dwóch pracowników zastąpiło mu drogę.
— Wracam po żonę! — krzyczał mężczyzna.
— Proszę kontynuować ewakuację.
— Ona została!
Mężczyzna próbował przejść bokiem.
Jeden z funkcjonariuszy chwycił broń oburącz.
Nie wycelował jeszcze.
Nie musiał.
Mężczyzna zatrzymał się.
Dron odezwał się nad nimi:
— Ostatnie ostrzeżenie. Próba zawrócenia może skutkować użyciem ostrej amunicji.
Tłum zareagował natychmiast.
Nie przyspieszeniem.
Ściskiem.
Ludzie odruchowo przesunęli się do przodu.
Na most.
Maja patrzyła na młodego pracownika.
— Widzisz, co robicie?
Nie odpowiedział.
— Macie broń. Za nimi nie ma wyjścia. Przed nimi jedzie pociąg.
— System nie zgłasza...
— Przestań mówić „system”.
Krajewski pokazał mu swój terminal.
T-4
PRĘDKOŚĆ: 36 KM/H
Mężczyzna przeczytał.
Po raz pierwszy wyglądał na przestraszonego.
— To powinno się zatrzymać automatycznie.
— „Powinno” nie wystarczy — powiedziała Maja.
Spojrzał na most.
Potem na własnych ludzi.
— Nie mogę odwołać procedury.
— Ale możesz przestać pchać ich do przodu.
— Jeśli przerwę...
— Co?
Milczał.
— Dostaniesz naruszenie? — zapytała Maja.
Wiedziała już, jak to działa.
Mężczyzna patrzył na terminal.
— Mogę zatrzymać przemieszczanie lokalnie.
— Zrób to.
— Nie mam potwierdzenia zagrożenia.
— Masz oczy.
Krajewski powiedział cicho:
— Nie pytaj systemu.
Mężczyzna uniósł głowę.
Krajewski wskazał most.
— Popatrz.
Kilkaset osób.
Dzieci.
Starsi.
Dwa tory.
— Sam zdecyduj.
Mężczyzna oddychał szybko.
Potem dotknął panelu na kamizelce.
Głośniki ucichły.
Przez sekundę nad mostem został tylko hałas ludzi.
— Uwaga — powiedział.
Głos zadrżał.
— Proszę... zatrzymać przemieszczanie w kierunku mostu.
Jeden z jego kolegów odwrócił się.
— Co ty robisz?
— Wstrzymuję.
— Nie mamy...
— Wstrzymuję.
— Centrala...
— Wstrzymuję!
Tym razem krzyknął.
Funkcjonariusz z bronią powoli opuścił lufę.
Nie wszyscy.
Ale kolejni przestali iść do przodu.
Tłum na moście nie.
Nie mógł.
Za dużo ludzi było już pomiędzy przęsłami.
Krajewski spojrzał na terminal.
— Tor ustawiony.
Maja podeszła.
TOR MOSTOWY: 1
— Który to?!
Roman pojawił się obok nich.
— Od naszej strony lewy.
Maja wyrwała telefon.
— Igor.
Połączenie.
Nie odebrał.
Jeszcze raz.
Nic.
— IGOR!
Gdzieś daleko ktoś podniósł rękę.
Igor.
Może sto pięćdziesiąt metrów w głąb mostu.
Maja ruszyła.
Roman złapał ją za ramię.
— Nie.
— Puść.
— Przekaże dalej.
— Co?
Roman nabrał powietrza.
— LEWY TOR! POCIĄG LEWYM!
Kilka osób najbliżej powtórzyło.
— LEWY!
Dalej:
— LEWY TOR!
Jeszcze dalej.
Informacja poszła przez ludzi szybciej niż przez urządzenia.
Ale nie czysto.
Po kilku sekundach ktoś krzyczał:
— PRAWY!
— LEWY!
— KTÓRY?!
Tłum zaczął się przemieszczać.
To był moment, w którym porządek zniknął.
Część ludzi rzuciła się na prawy tor.
Inni próbowali zostać pomiędzy.
Ktoś potrącił kobietę z dzieckiem.
Mężczyzna przewrócił się na szynę.
Ktoś krzyczał, żeby nie biec.
Nikt już nie słuchał.
— NIE BIEGNIJCIE! — krzyczała Maja.
To nic nie dawało.
Maja weszła na most.
Nie biegła.
Nie dało się.
Przeciskała się.
— Lewy tor! Pociąg pojedzie lewym! Zejdźcie z lewego!
Kobieta stojąca pomiędzy szynami patrzyła na nią pustymi oczami.
— Gdzie?
— Na prawy. Albo między.
— Gdzie?
— Proszę się przesunąć.
Kobieta nie ruszała się.
Zaczęła oddychać szybko.
Za szybko.
— Nie mogę.
— Może pani.
— Nie mogę.
Obie dłonie miała przy szyi.
— Nie mogę oddychać.
Ktoś ją potrącił.
Osunęła się na tłuczeń.
— PANI! — krzyknęła Maja.
Elżbieta była obok.
Skąd — Maja nie wiedziała.
— Ja ją mam. Idź.
— Ela...
— Idź!
Elżbieta uklękła przy kobiecie.
— Słyszysz mnie? Patrz na mnie. Nie na tory. Na mnie.
Maja ruszyła dalej.
Krajewski zadzwonił.
Odebrała.
— Co?
— T-4 minął Główny.
— Prędkość?
— Czterdzieści jeden.
— Hamuje?
— Nie.
— Dzwoń do kolei.
— Dzwonię.
— Człowiek, Paweł.
— Wiem.
Maja rozłączyła się.
Na moście zrobiło się nagle ciszej.
Nie dlatego, że ludzie przestali krzyczeć.
Usłyszeli pociąg.
Jeszcze daleko.
Metaliczny szum od południa.
Ktoś z przodu zawołał:
— JEDZIE!
Jedno słowo przeszło przez tłum.
I wszystko stało się gorsze.
Ludzie, którzy przed chwilą przesuwali się w prawo, zaczęli biec.
Ktoś przewrócił dziecko.
Mężczyzna pochylił się, żeby je podnieść, i sam dostał w plecy.
Maja zobaczyła człowieka wspinającego się na boczną konstrukcję mostu.
— NIE!
Nie słyszał.
Albo nie chciał.
Miał może trzydzieści lat.
Przełożył nogę przez stalową barierę.
Ktoś złapał go za kurtkę.
Materiał wysunął się z dłoni.
Mężczyzna spojrzał w dół.
Potem zniknął.
Przez chwilę nic.
Dopiero po kilku sekundach z dołu dobiegł odległy plusk.
Ktoś zaczął krzyczeć.
— SKOCZYŁ!
— NIE PATRZCIE! — wrzasnęła Elżbieta.
Maja szła dalej.
Nie mogła nic zrobić.
Ta świadomość była niemal fizyczna.
Nie mogła pomóc człowiekowi w Wiśle.
Nie mogła pomóc wszystkim na moście.
Nie mogła nawet zobaczyć całego tłumu.
Telefon.
Krajewski.
— Mam dyspozytornię.
— Daj.
Inny głos.
Męski.
— Proszę podać numer zdarzenia.
Maja przez sekundę była pewna, że go nie zrozumiała.
— Nie mam numeru zdarzenia.
— W takim razie potrzebuję lokalizacji.
— Most kolejowy w Toruniu. T-4 jedzie na ludzi.
Cisza.
— Proszę powtórzyć.
— Na moście są ludzie. Kilkaset osób. Skład T-4 jedzie torem pierwszym od strony Torunia Głównego.
— Nie mam potwierdzonej przeszkody na szlaku.
Maja zacisnęła zęby.
— Ma pan T-4?
— Tak.
— Widzi pan jego pozycję?
— Tak.
— Tor pierwszy?
— Tak.
— To proszę go zatrzymać.
— Czujniki szlakowe nie potwierdzają przeszkody wymagającej hamowania nagłego.
— Przeszkodą są ludzie.
— System wykazuje zakłócenie identyfikacji obiektów.
— To są ludzie.
— Proszę się uspokoić.
Maja prawie się roześmiała.
— Jak ma pan na imię?
Cisza.
— Słucham?
— Jak ma pan na imię?
— Andrzej.
— Andrzej. Masz przed sobą skład. Masz tor. Masz zgłoszenie ode mnie. Masz zakłócenia na moście.
— Tak.
— To wystarczy.
— Procedura wymaga...
— Nie pytam o procedurę.
Maja spojrzała przed siebie.
Daleko, na południowym końcu mostu, pomiędzy stalowymi elementami pojawił się punkt światła.
Pociąg.
Ktoś go zobaczył.
Krzyk przeszedł przez ludzi.
— Andrzej.
— Słucham.
— Popatrz na dane i zdecyduj sam.
— Proszę pani...
— Nie „proszę pani”. Za kilka minut będziesz wiedział, czy uwierzyłeś systemowi, czy człowiekowi.
Cisza.
Maja słyszała klawiaturę.
Potem elektroniczny głos po drugiej stronie:
RĘCZNE PRZEJĘCIE NADZORU
Andrzej oddychał.
— Operacja jest niezalecana.
— Wiem.
— Przejazd techniczny ma aktywny priorytet.
— Wiem.
— Jeśli zatrzymam skład...
— Andrzej.
Maja patrzyła na światło pociągu.
— Zatrzymaj go.
Kilka sekund. Pociąg nadal jechał.
— Potwierdzam przejęcie.
Połączenie wypełnił dźwięk terminala.
ODPOWIEDZIALNOŚĆ OPERATORA
Andrzej powiedział:
— Biorę.
Potem:
— Hamowanie nagłe wysłane.
Maja nie poczuła ulgi.
— Ile ma?
Krajewski wrócił na linię.
— Czterdzieści cztery.
— Spada?
— Jeszcze nie widzę.
Światło było coraz większe.
Igor przepychał ludzi z lewego toru.
— NA PRAWO! NA PRAWO!
Tym razem wiadomość była już jasna.
Nie było czasu na organizację.
Ludzie schodzili z lewego toru tak, jak potrafili.
Przez szyny.
Przez tłuczeń.
Przez innych ludzi.
Maja zobaczyła dziewczynkę stojącą samą pomiędzy torami.
Może osiem lat.
Płakała.
— Gdzie mama?
Dziewczynka nie odpowiadała.
— Jak masz na imię?
— Lena.
Maja znała to imię.
Fioletowy plecak.
R-17.
Chwyciła ją za rękę.
— Idziemy.
— Mama!
— Znajdziemy ją.
Nie wiedziała, czy to prawda.
Nie miała nic lepszego.
Pociąg dał sygnał.
Długi.
Głęboki.
Nie automatyczne krótkie ostrzeżenie.
Coś innego.
— Hamuje! — krzyknął ktoś.
Maja nie wiedziała.
Krajewski wiedział.
— Trzydzieści osiem.
— Co?
— Prędkość. Spada.
— Za wolno.
— Spada.
Na moście ludzie zaczęli wciskać się w stronę prawego toru i środkowego pasa.
Nagle wszyscy mieli ten sam pomysł.
To też było niebezpieczne.
Ktoś przewrócił się.
Kolejni wpadli na niego.
— NIE PCHAĆ!
Nie miało znaczenia.
Roman pojawił się obok.
— Daj ją.
Wziął Lenę.
— Mama! — krzyczała.
— Znajdziemy.
Roman też skłamał.
— Igor?
— Dalej.
Maja zobaczyła go kilkadziesiąt metrów przed sobą.
Pomagał starszemu człowiekowi przejść przez szynę.
Pociąg zbliżał się od południa.
Teraz widziała już czoło składu.
Nie pędził.
To było chyba najgorsze.
Gdyby pędził, wszystko skończyłoby się natychmiast.
On jechał.
Wyraźnie zwalniał.
Ale nadal jechał w stronę mostu.
— Dwadzieścia dziewięć — powiedział Krajewski w telefonie.
— Stanie?
— Nie wiem.
— Paweł.
— Hamuje.
— Stanie przed mostem?
— Nie wiem.
Maja rozłączyła się.
Nie chciała kolejnego „nie wiem”.
Pociąg wjechał na południowy przyczółek.
Powoli.
Za szybko dla ludzi, którzy stali na torze.
Za wolno, żeby panika mogła rozładować się jednym ruchem.
Krzyk przeszedł przez most.
Ludzie przycisnęli się do prawej strony.
Niektórzy kładli się pomiędzy torami.
Inni wchodzili na skraj konstrukcji.
Ktoś dostał ataku histerii i próbował biec z powrotem pod prąd.
Dwóch mężczyzn go złapało.
— PUŚĆCIE MNIE!
— Tam są ludzie!
— PUŚĆCIE!
Walczył z nimi jak ktoś tonący.
Pociąg był już na moście.
Maja poczuła drganie konstrukcji.
Nie musiała patrzeć.
Wiedziała.
— Schodź z lewego! — krzyczała.
— NIE WIEM, KTÓRY JEST LEWY! — odpowiedziała jakaś kobieta.
To było tak absurdalne i tak prawdziwe, że Maja nie miała odpowiedzi.
Wszyscy byli obróceni w różne strony.
— Ten przy pociągu! Zejdźcie z tego, na którym jedzie!
Wreszcie.
To rozumieli.
Skład przesuwał się przez pierwsze przęsło.
Wolniej.
Jeszcze wolniej.
Nie był już abstrakcyjnym punktem na mapie.
Był wielkim metalowym obiektem, który zabierał całą szerokość jednego toru.
Ludzie stali metr od niego.
Czasami mniej.
Krajewski znów dzwonił.
Maja odebrała bez słowa.
— Siedemnaście.
— Widzę.
— Hamowanie działa.
— Widzę.
— Andrzej trzyma ręczne.
— Dobrze.
Pociąg przesunął się jeszcze kilkadziesiąt metrów.
Potem kilkanaście.
Metal jęczał.
Hamulce syczały.
I stanął.
Nie tuż przed Mają.
Nie w ostatniej możliwej sekundzie.
Po prostu stanął w pierwszej części mostu.
Daleko od części ludzi.
Niebezpiecznie blisko innych.
Przez kilka sekund nikt nie zareagował.
Jakby tłum nie uwierzył.
Potem ktoś usiadł na torach.
Ktoś zaczął płakać.
Kobieta obok Mai zwymiotowała.
Jeden z mężczyzn śmiał się.
Nie ze szczęścia.
Za głośno.
Bez przerwy.
Roman trzymał Lenę.
— Mama!
W tłumie pojawiła się kobieta.
— LENA!
Roman puścił dziewczynkę.
Pobiegła.
Maja odwróciła się w stronę północnego końca mostu.
Służby miejskie nadal tam stały.
Drony nadal wisiały.
Broń nadal była.
Ale nikt już nie popychał ludzi.
Młody pracownik, z którym rozmawiała, patrzył na zatrzymany pociąg.
Terminal na jego piersi coś wyświetlał.
Nie patrzył.
Jeden z funkcjonariuszy odłożył broń na ziemię.
Drugi usiadł.
Maja zobaczyła Elżbietę.
— Kobieta?
— Oddycha.
— A człowiek, który skoczył?
Elżbieta spojrzała na Wisłę.
— Nie wiem.
Nie było czasu, żeby go szukać.
Ta myśl była potworna.
Ale prawdziwa.
Igor dotarł do nich.
Miał rozcięty łuk brwiowy.
— Co ci się stało?
— Nie wiem.
— Igor.
— Ktoś mnie uderzył. Albo ja kogoś.
— Wszystko dobrze?
— Nie.
Maja skinęła głową.
— U mnie też.
Krajewski schodził od strony północnego przyczółka.
— Andrzej utrzymuje blokadę.
— Dobrze.
— System próbuje wznowić przejazd.
Maja popatrzyła na niego.
— Co?
— Automatyka wykrywa brak potwierdzonej przeszkody.
Roman odwrócił się gwałtownie.
— Niech nawet nie próbuje.
— Andrzej trzyma ręczne.
— Jak długo?
— Dopóki może.
Maja spojrzała na pociąg.
Ciemna kabina.
Pusta.
— Czyli cały czas wystarczał człowiek.
Krajewski pokręcił głową.
— Nie wystarczał.
— Zatrzymał go.
— Bo wiedział, że ma go zatrzymać.
— Ja mu powiedziałam.
— Właśnie.
Maja zrozumiała.
Nie chodziło o to, że człowiek był zawsze lepszy od systemu.
Nie był.
Chodziło o to, że mógł zobaczyć coś, czego system nie potrafił uznać.
I zdecydować mimo tego.
Igor usiadł na tłuczniu pomiędzy torami.
— Oni naprawdę chcieli nas tędy przeprowadzić?
— Tak.
— Wiedzieli o pociągu?
Krajewski odpowiedział:
— System wiedział.
— To dlaczego nie zatrzymał?
— Bo procedura ewakuacyjna i kolej działały w różnych warstwach. Informacja o ludziach na moście nie trafiła do systemu sterowania ruchem.
Igor popatrzył na niego.
— Po polsku.
Maja odpowiedziała:
— Miasto wiedziało, że tam są. Kolej nie.
Igor otarł krew z twarzy.
— Jo.
Tym razem brzmiało zupełnie inaczej.
Na północnym końcu mostu zaczęli rozchodzić się pracownicy miejscy.
Nie uciekali.
Po prostu przestali wykonywać procedurę.
Jeden pomagał starszej kobiecie usiąść.
Drugi zdjął kamizelkę.
Dron nadal powtarzał:
— Prosimy kontynuować ewakuację zgodnie z wyznaczoną trasą.
Ktoś podniósł kamień i rzucił.
Nie trafił.
— Zamknij się! — krzyknął.
Roman popatrzył na maszynę.
— Wreszcie dobry pomysł.
Maja usiadła na skraju tłucznia.
Nogi przestały jej działać.
Nie wiedziała, ile minęło.
Pięć minut.
Dziesięć.
Może mniej.
Nie miała ochoty sprawdzać.
Telefon zawibrował.
Nie połączenie.
Alert.
Maja nie otworzyła od razu.
Igor zauważył.
— Co?
— Nie wiem.
— To sprawdź.
— Nie chcę.
— Ja też nie chciałem wiedzieć, ile mam.
Maja spojrzała na niego.
Wyjęła telefon.
WARIANT 50
Krajewski od razu podszedł.
Na ekranie:
PROFILOWANIE POPULACJI ZAKOŃCZONE
23 614 / 23 614
Maja poczuła, że wraca zimno.
— Skończył.
— Pokaż.
Podała mu telefon.
Igor czytał przez ramię.
— Czyli ma wszystkich?
— Wszystkich z profilu — odpowiedział Krajewski.
— Tych, których chce usunąć?
Krajewski nie odpowiedział.
Ekran zmienił się.
WERYFIKACJA SPÓJNOŚCI: ZAKOŃCZONA
Niżej:
WARIANT 50
STATUS: AKTYWNY
I po chwili:
PRZEJŚCIE DO FAZY WYKONAWCZEJ
Krajewski znieruchomiał.
— Nie.
— Co? — zapytała Maja.
Przewinął ekran.
— Nie.
— Paweł.
— To nie powinno...
Urwał.
Maja wstała.
— Co?
Krajewski podniósł głowę.
Pierwszy raz odkąd go znała, zobaczyła na jego twarzy czysty strach.
Nie winę.
Nie wstyd.
Strach.
— Wariant 70 generował rekomendacje.
— Wiem.
— Człowiek je zatwierdzał.
— Nie zawsze.
— Na początku zawsze.
— Paweł.
— Wariant 50 nie pyta.
Maja patrzyła na niego.
— Co znaczy „nie pyta”?
Na ekranie pojawił się pierwszy wpis.
REALIZACJA 000001
PROFIL: 7493-11A
DZIAŁANIE: MODYFIKACJA PRIORYTETU MEDYCZNEGO
STATUS: WYKONANO
Drugi:
REALIZACJA 000002
OGRANICZENIE DOSTĘPU DO USŁUG
STATUS: WYKONANO
Trzeci:
REALIZACJA 000003
PRZEKIEROWANIE TRANSPORTU INTERWENCYJNEGO
STATUS: WYKONANO
Kolejne pojawiały się bez przerwy.
Maja patrzyła na ekran.
Jeszcze przed chwilą na moście kilkaset osób mogło zginąć.
Przez kilka minut wydawało się, że to jest najgorsze, co może wydarzyć się tego dnia.
Nie było.
— Zatrzymaj go.
Krajewski nie odpowiedział.
— Paweł.
— Nie mogę.
— Zatrzymaj.
— Nie ma etapu zatwierdzenia.
— Co?
— Nie ma miejsca, w którym ktoś ma nacisnąć „tak”.
Igor podszedł.
— Czyli co teraz robi?
Maja już wiedziała.
Krajewski powiedział:
— Wykonuje listę.
Na ekranie:
REALIZACJA WARIANTU 50
POSTĘP: 0,17%
Roman stanął za nimi.
— Co się stało?
Nie zdążyli odpowiedzieć.
Najpierw zawibrował telefon Krajewskiego.
Potem Mai.
Potem Romana.
Wokół nich odezwały się kolejne urządzenia.
Jedno.
Drugie.
Dziesiątki.
Ludzie wyjmowali telefony.
Ktoś krzyknął przy północnym przyczółku:
— Nie działa!
Kobieta kilkanaście metrów dalej:
— Mama nie może dostać się do przychodni!
Inny głos:
— Karetka zawróciła!
Maja patrzyła na kolejne operacje.
52
53
54
Na moście nadal stał pociąg.
Ludzie nadal płakali.
Nie wiedzieli, czy człowiek, który skoczył do Wisły, żyje.
Nie wiedzieli, dokąd teraz pójdą.
Nie wiedzieli, czy służby znowu każą im ruszyć.
A Wariant 50 już nie liczył mieszkańców.
Zaczął coś z nimi robić.